Cules.pl - FC Barcelona Forum
Forum polskich Cules

Inne - Dokąd zmierza piłka nożna?

imerr - 2006-06-04, 12:11
Temat postu: Dokąd zmierza piłka nożna?
Piłka - taka prosta gra?
Na nogach korki z poliamidu, na plecach chłodząca ciało koszulka. I piłka - nie dość, że z tworzyw niemal kosmicznych, to jeszcze nafaszerowana elektroniką. Witajcie w świecie technologii - w świecie współczesnego futbolu.


Ostatnie dziesięciolecie przyniosło rozkwit ważnej gałęzi piłkarskiego przemysłu. Chcąc jeszcze bardziej uatrakcyjnić futbol, naukowcy zajęli się sprzętem. Zwłaszcza tym najważniejszym, czyli samą piłką. I tak do z pozoru konserwatywnego sportu wtargnęła najnowsza technologia.

Od dłuższego czasu trwa rywalizacja producentów o to, która piłka jest najlepsza. Nike swoją Mercurial Vapor zachwala jako najszybszą, dowodząc, że w przypadku strzału zza linii pola karnego (17,4 m), w chwili pierwszej reakcji bramkarza jest ona aż 31 cm bliżej bramki od futbolówki konkurencji. Zmierzono także, że gdy wystrzelona z 11 m zwykła piłka dotrze do linii bramkowej, Mercurial Vapor będzie już 46 cm za nią. Prace nad nowym pęcherzem z lateksu węglowego zajęły inżynierom z amerykańskiej wytwórni dwa lata. Oblekają go cztery warstwy: poliestrowa tkanina wzmacniająca konstrukcję i poprawiająca stabilność, sprasowany poliuretan gromadzący i w odpowiedniej chwili uwalniający energię, warstwa spienionego azotem tworzywa odpowiedzialna za zachowanie sprężystości i jędrności piłki w każdych warunkach, a wreszcie najbardziej zewnętrzna, ręcznie szyta poliuretanowa powłoka Tejin z mikroskopijnymi rowkami poprawiającymi precyzję kopnięć.

Wśród producentów piłek uprzywilejowaną pozycję ma jednak Adidas. Z tego prostego powodu, że jego piłkami rozgrywane są mistrzostwa świata - i to już od 36 lat! Kontrakt między Adidasem i FIFA będzie obowiązywać także podczas MŚ w 2010 i 2014 roku - za przedłużenie umowy na siedem lat niemiecka firma musiała zapłacić 351 mln dolarów.

Perfekcyjny kształt

Produkcję piłek Adidas rozpoczął w 1963 roku. Królowały wtedy kule brązowe, ciężkie i szyte grubymi nićmi; po zderzeniu z takim pociskiem zawodnicy długo dochodzili do siebie. Pierwsza klasyczna "biedronka", Adidas Telstar, została wyprodukowana na Mundial w Meksyku (1970). Uszyto ją z 12 czarnych pięciokątów i 20 białych sześciokątów. W 1982 roku tak nowatorsko połączono skórzane elementy, że model Tango Espana wchłaniał znacznie mniej wody. Cztery lata później z naturalnej skóry zrezygnowano - Tango Azteca była pierwszą piłką zrobioną z materiału syntetycznego, dzięki czemu chłonęła jeszcze mniej wody i była bardziej sprężysta. Na dużych wysokościach, przy bardzo dużej wilgotności powietrza, zdała egzamin celująco.

Pianka w modelu Etrusco Unico (1990) sprawiła, że piłka szybowała szybciej. Z kolei Questra (1994) miała budowę ułatwiającą oddawanie energii, dzięki czemu jeszcze bardziej wzrosła prędkość piłki i dawała się ona łatwiej prowadzić. W 1998 roku we Francji wprowadzono powierzchnię Tricolore z powłoką z komórek wypełnionych gazem. Z kolei Fevernova (2002) miała udoskonaloną powierzchnię i aż trzy warstwy podszycia W locie zachowywała się w sposób nieprzewidywalny, co utrudniało zadanie przede wszystkim bramkarzom.

+Teamgeist, oficjalna piłka Mistrzostw Świata 2006, reklamowana jest przez Adidasa jako najbardziej okrągła na świecie. Prócz kolorów i stylistyki, zwraca uwagę niespotykany sposób łączenia poszczególnych elementów. Zamiast ponad 30 paneli ma ona ich zaledwie 14. Zminimalizowano w ten sposób liczbę punktów styczności trzech paneli (z 60 do 24) i skrócono całkowitą długość linii je łączących (z 40,05?cm do 33,93 cm), zapewniając - jak twierdzi producent - maksymalną kulistość. "Duch drużyny" - tak można przetłumaczyć nazwę piłki - powstał przy współpracy Lough-borough University oraz laboratorium Adidasa w Scheinfeld. Po raz pierwszy w historii finały mistrzostw świata będą rozgrywane piłką, która nie jest zszywana, ale w całości klejona.

Jak to wszystko ma się do starych poczciwych futbolówek? Aktor Gustaw Holoubek w książce "Wspomnienia z niepamięci" napisał: Naszym marzeniem była prawdziwa skórzana piłka nożna. Składała się z dwóch części, pokrowca i szlauchu... Cała reprezentacja ulicy z napięciem śledziła głównego majstra, który przez otwór w pokrowcu wciskał gumowy szlauch tak, aby cycek pozostał na zewnątrz, po czym przez niego rozpoczynało się pompowanie... I wreszcie najtrudniejsza czynność - wiązanie sznurkiem cycka po odłączeniu pompki, tak aby nie uronić ani jednej cząstki zawartości powietrza. Wepchnięcie cycka do wewnątrz i sznurowanie otworu wieńczyło dzieło.

Co piszczy pod skórą

Dyskusje nad Ręką Boga, czyli golem wbitym przez Diego Maradonę Anglikom na Mundialu w 1986 roku, czy też najbardziej tajemniczą bramką świata, zdobytą (lub nie) przez Anglika Geoffa Hursta w finale World Cup 1966, z jednej strony stanowią o pięknie dyscypliny, z drugiej budzą mieszane uczucia, bo w rozgrywkach chodzi często o wielkie pieniądze. A przecież sędziowie to tylko ludzie i nie są w stanie z boiska zobaczyć wszystkiego. Dlatego o zastosowaniu elektroniki do wykrywania autów i goli mówi się już od dawna.

Gdy na początku stycznia 2005 roku arbiter Mark Clatteburg, sędziując mecz Premiership między Manchester United i Tottenham Hotspur, nie zauważył, że piłka po strzale pomocnika Kogutów Pedro Mendesa została wygarnięta przez bramkarza MU, Roya Carrolla, półtora metra (!) za linią bramkową, głosy za koniecznością wprowadzenia elektroniki zabrzmiały ze zdwojoną siłą.

Pech - albo może szczęście - chciał, że zaćma u pana Clatteburga zbiegła się w czasie z pracami Adidasa i niemieckiej firmy Cairos Technologies nad piłką z wmontowanym w środku chipem (podobno jeden z pracowników firmy badawczej od 40 lat miał obsesję na punkcie niewyjaśnionego do dziś gola Hursta).

FIFA nie godzi się, aby sędzia mógł w trakcie meczu korzystać z powtórek wideo, ponieważ takie konsultacje zabierałyby mnóstwo czasu, czyniąc najpopularniejszą dyscyplinę sportową świata zwyczajnie nudną.

Tymczasem chip, który wraz z baterią waży zaledwie 12 g, wysyła drogą radiową 2000 sygnałów na sekundę. Sygnały odbierają anteny umieszczone wokół murawy lub przymocowane do dachu stadionu. Specjalny program komputerowy tworzy następnie wirtualną mapę boiska i określa położenie piłki z dokładnością do 1,5 cm. Jeśli przekroczy ona linię bramkową, informacja natychmiast dociera do sędziego (czujnik na ręku sędziego zaczyna drgać).

W ubiegłym roku niemieckie pismo "Bild" doniosło, że piłka z chipem trafi już na najbliższe mistrzostwa. Niestety, wynalazek nie zdał egzaminu podczas mistrzostw świata do lat 17, które jesienią 2005 roku odbywały się w Peru. Niemiecka bulwarówka cytowała nawet sędziów, którzy narzekali, że nowa piłka wprowadzała zamieszanie, ponieważ nadajnik uruchamiał się także wtedy, gdy leciała nad poprzeczką lub trafiała w boczną siatkę. Zamieszanie wokół inteligentnej piłki najlepiej skomentował Franz Beckenbauer, legendarny piłkarz, obecnie szef Komitetu Organizacyjnego Weltmeisterschaft 2006: Dajmy spokój eksperymentom, które pozbawiają futbol emocji. Ktoś niedługo wymyśli piłkę gadającą i wówczas w ogóle gra przestanie kogokolwiek interesować.

W marcu tego roku podczas warsztatów FIFA w Düsseldorfie zdecydowano, że piłka z chipem nie będzie używana dopóty, dopóki producent nie znajdzie sposobu na lepszą ochronę układu scalonego choćby przed mechanicznymi odkształceniami. Udowodniono bowiem, że sygnał wysyłany przez mocno kopniętą piłkę, trafioną dokładnie w miejsce, w którym pod powłoką ukrywa się układ elektroniczny, jest niewiarygodny.

Halo, mówi sędzia główny

Innym powodem, dla którego FIFA unika nowości technicznych, jest ponoć możliwość naruszenia przez nie fundamentalnej zasady, że w piłkę gra się wszędzie według tych samych reguł. Włodarze światowego piłkarstwa twierdzą, że nie wszystkich stać na nowoczesne technologie. Jednak ta sama FIFA od dłuższego czasu nalega, aby sędzia główny był w stałym kontakcie radiowym ze swoimi asystentami. Pod koniec 2002 roku, we Francji podczas meczu Lille - Nantes, po raz pierwszy sędziowie otrzymali małą słuchawkę, mikrofon i baterię ważącą 500 g. W roku 2003 podobnie zostały wyposażone trójki sędziowskie podczas meczów ligowych w Szkocji i Francji.

Ale to nie koniec kariery radiowej łączności na boisku. Jesienią 2005 roku, w czasie wojażów Realu Madryt po Stanach Zjednoczonych, kapitan Królewskich, Raul, biegał po boisku z miniodbiornikiem radiowym i słuchawką przyczepioną do ucha. W ten sposób miał ciągły kontakt z trenerem Wanderleyem Luxemburgo, a co za tym idzie - Galacticos na bieżąco mogli reagować na polecenia trenera.

Syntetyki na plecach

Najnowsze technologie stosuje się nie tylko w przypadku piłki. Wiele lat temu pierwsze stroje piłkarskie były szyte z wełny (później bawełny), nasiąkały potem, bardzo się rozciągały i robiły ciężkie. Dopiero od roku 1990 bawełnę zaczął zdecydowanie wypierać poliester. Kilka lat temu włoska firma Kappa wprowadziła trykoty z lycry, ściśle przylegające do ciała. Z kolei Anglicy na poprzednie mistrzostwa świata ubrali się jak zwykle w stroje Umbro, ale tym razem zaprojektowane przez NASA. Obniżały one temperaturę ciała, nie pozwalając przekroczyć 39,5°C.

Tkaniny odprowadzające wilgoć na zewnątrz to już standard. Spójrzmy choćby na kolekcję v1.06 Pumy. Te stroje należą do najlżejszych na świecie, a w ich kroju uwzględniono efekty aerodynamiczne. Nawet w strojach treningowych suwaki chowają się tak, aby zmniejszyć opory powietrza.

Z kolei materiał, z którego została uszyta najnowsza koszulka Nike'a (według technologii Sphere Dry), a w której na mistrzostwach świata grać będą choćby Brazylijczycy, Holendrzy, Amerykanie, Portugalczycy i Meksykanie, ma trójwymiarową strukturę zwiększającą przestrzeń między materiałem a skórą. Dzięki wypukłym węzłom (bąblom) koszulka jest odsunięta od ciała, co z kolei pozwala chłodzić organizm i szybciej odparowywać pot. Nawet w zwykłych T-shirtach treningowych (również odprowadzających pot na zewnątrz) zadbano o takie drobiazgi, jak wykończenie rąbków rękawów metodą bezniciową, aby ubranie nie ocierało skóry.

Kangurowi - nie!

Dzisiejsze buty piłkarskie są owocem pracy nie tylko szewców i stylistów, ale również informatyków i fizyków. Pierwsze piłkarskie obuwie zaprojektował w 1925 roku Adi Dassler, założyciel Adidasa. Do podeszwy były przymocowane skórzane kołki; na gumowe przyszło czekać niemal całe ćwierćwiecze. W 1954 roku Niemcom, sensacyjnym - po zwycięstwie nad faworyzowanymi Węgrami - mistrzom świata, w sukurs przyszła raczkująca wówczas technologia. Pan Dassler użył w butach swoich rodaków po raz pierwszy kołków wkręcanych, próbując dostosować podeszwę do podłoża. Cztery lata później dodał jeszcze nylonową podeszwę zwiększającą odporność na wodę, a na kolejnych mistrzostwach - wewnętrzną wyściółkę i tylny język.

W roku 1974 zaczęto szyć buty ze skóry kangura, ale już pod koniec lat 70. zdecydowanie postawiono na syntetyki, choć niestety, mimo protestów organizacji ochrony zwierząt, kangurza skóra wciąż cieszy się wzięciem przy produkcji butów piłkarskich. Najnowsze, ważące niewiele ponad 200 g trzewiki Mercurial Vapor III Nike'a reklamuje Thierry Henry, którego zachowanie na boisku dokładnie przeanalizowano podczas wszystkich meczów Arsenalu Londyn w sezonie 2004-2005. Co się okazało? Otóż Henry w najnowszym obuwiu podczas każdego sprintu biega średnio o 5% szybciej niż przeciętny napastnik Premier League. Ciekawe, czy Titi będzie biegał jeszcze szybciej i nie popsuje sobie statystyki od przyszłego sezonu, gdy założy któryś z modeli Reeboka - bo tę właśnie wytwórnię zamierza teraz reklamować.

To nie koniec innowacji. Naukowcy z Nike Sports Research Laboratory dwa lata myśleli, jak połączyć anatomiczny stabilizator pięty (przypominający fotel w samochodach wyścigowych), opatentowane już kołki ułatwiające przyspieszanie we wszystkich kierunkach oraz płytkę podeszwową maksymalizującą przenoszenie energii ze stopy. Udało im się to dopiero w modelu MV III FG, w którym grają m.in. wspomniany Henry i Ronaldo.

Oczywiście także Adidas, Umbro czy Puma mają w swoich kolekcjach buty, które "pozwalają najszybciej dobiec do piłki". Leciutki pantofel Pumy z kolekcji v1.06 jest wykonany z 0,4-milimetrowej tkaniny z włókna poliamidowego ze zintegrowanym elastanem. W takich właśnie butach wystąpi na mistrzostwach w Niemczech także kilku reprezentantów Polski. Sznurówki przesunięto na bok (podobny zabieg zastosowano już kilka lat temu w modelach Adidas Mania i Nike Air Zoom Total), aby nic nie przeszkodziło zawodnikowi w precyzyjnym uderzeniu piłki. Tylko czy sznurówka może rzeczywiście w tym przeszkodzić? Cóż, niczego nie wolno lekceważyć. Zapewne dlatego Nike zrobił torbę na sprzęt, której pas na ramię jest zrobiony z pianki z pamięcią...

Zbigniew Mucha jest dziennikarzem tygodnika "Piłka Nożna".

[Wiedza i Życie]


Pierwsze piłkarskie obuwie zaprojektował w 1925 roku Adi Dassler, założyciel Adidasa.


Anatomiczny stabilizator pięty, kołki ułatwiające przyspieszanie we wszystkich kierunkach, płytka podeszwowa maksymalizującą przenoszenie energii - w takich butach grają Henry i Ronaldo.


Materiał, z którego została uszyta najnowsza koszulka Nike'a (na mistrzostwach grać będą w niej m.in. Brazylijczycy, Holendrzy, Amerykanie, Portugalczycy, Meksykanie) ma trójwymiarową strukturę zwiększającą przestrzeń między materiałem a skórą. Jest ona odsunięta od ciała, co pozwala szybciej chłodzić organizm.


Teamgeist, oficjalna piłka Mistrzostw Świata 2006, reklamowana jest przez Adidasa jako najbardziej okrągła na świecie.


Nike swoją piłkę Mercurial Vapor zachwala jako najszybszą, dowodząc, że w przypadku strzału zza linii pola karnego (17,4 m), w chwili pierwszej reakcji bramkarza jest ona aż 31 cm bliżej bramki od futbolówki konkurencji.


Piłkarskie koszulki to nie tylko zaawansowana technologia, ale i moda. Specjalnie dla polskiej reprezentacji Puma przygotowała trykot z wizerunkiem husarza - symbolu polskiej waleczności i zwycięstwa.

danji - 2006-07-06, 14:03

Mamy XXI wiek, technika poszła tak do przodu, że każdą sytuacje można przeanalizować bardzo dokładnie, więc niech nieroby z FIFA/UEFA pomyślą o tym by zawieszać zawodników na 3-4 mecze za samylowanie na podstawie zapisów video. Od razu by się im odechciało, oglądanie takich akcji doprowadza mnie do szewskiej pasji :[
Siner - 2006-07-06, 14:39

3-4 mecze danji to chyba nie przejdzie :maruda: . Zgadzam się jednak,że powinni za takie "zagrania" karać zawodników,bo piłka coraz bardziej przypomina teatr :maruda:
imerr - 2006-09-26, 19:36

artykuł dobrze się nadaje do tego tematu. mirek trzeciak mówi naprawdę ciekawe rzeczy

Cytat:
Spędziłem w Hiszpanii mnóstwo czasu na nauce, podglądaniu innych. Wiem, jak trzeba pracować, i jestem przygotowany, by robić to w kraju - mówi były reprezentant Polski, obecnie szkoleniowiec Mirosław Trzeciak

Robert Błoński: Dlaczego chce Pan wracać do kraju?

Mirosław Trzeciak: Cztery lata uczyłem się fachu trenerskiego w Hiszpanii. Jeździłem po klubach, poznałem wielu ludzi, zdobyłem sporo doświadczeń i przyszedł moment, by podjąć poważną pracę. W Polsce albo Hiszpanii. Znam języki i kulturę obu krajów. Mam upragniony tytuł trenera narodowego. Mogę prowadzić każdy zespół w Europie.

Ile się Pan uczył, by dostać te dokumenty?

- Kurs był trzystopniowy. Pierwszy trwał rok i dawał prawo do trenowania juniorów. Drugi stopień to półtora roku i po egzaminach miałem możliwość pracy z klubami III ligi. W tej chwili mam dokumenty, które uprawniają mnie do pracy wszędzie.

Spędziłem w Hiszpanii mnóstwo czasu na nauce, podglądaniu innych. Wiem, jak trzeba pracować, i jestem przygotowany, by robić to w Polsce. Mimo że u nas brakuje wielu rzeczy. Brak metodologii pracy, nic nie jest opisane, nie ma baz danych, standardowych prób wydolnościowych, siłowych ani szybkościowych. Nie ma opisów zawodników.

Co to jest opis zawodnika?

- Kiedy pracowałem w Hiszpanii, spotykałem się z zawodnikami i rozmawiałem z nimi jak w szkole. Pytałem, co mają dobrego, a co złego. Spisywałem to, a po pewnym czasie dopisywałem swoje spostrzeżenia. Z tego powstawały oceny indywidualne.

Dziś wszystko musi być ustandaryzowane. Chodzi o to, by - pracując w grupie - posługiwać się jednym językiem. Trenerzy w Hiszpanii mają skatalogowane gry i ćwiczenia pod względem metabolicznym, taktycznym, technicznym i psychologicznym. Intensywność zajęć również jest skatalogowana. Wiadomo, kto, kiedy, ile i jak trenował.

Jaki ma Pan pomysł na pracę?

- Współpracowałbym z trenerem od przygotowania fizycznego, który na mój roczny plan przygotowania techniczno-taktycznego nałożyłby swój projekt przygotowania fizycznego. Plan pracy zależy od wieku zawodnika. Dla młodzieży jest stały, bo ją się tylko formuje i edukuje. Dorośli rywalizują i dla nich plany są zmienne. Oni muszą osiągnąć wyniki.

Wie Pan, jak w Polsce trenuje się dzieci?

- Konia z rzędem temu, kto wie, jak w Polsce ma ćwiczyć 13-latek. Albo ile czasu może trwać najdłuższe ćwiczenie wydolnościowe dla 15-latka.

W polskich klubach, kiedy nie ma wyników, znajomy fizjolog robi parametry. Mówi, że coś jest nie tak, ale nie bardzo wiadomo, co z jego badaniami zrobić. I po omacku próbuje się poprawiać. Nie wiedząc, jakie mają być proporcje pracy fizycznej do pracy taktycznej i technicznej. Na Zachodzie takie plany istnieją. Ale polskie kluby nie są dobrze zorganizowane.

To nic odkrywczego.

- Gdybym dostał pracę w kraju, wszyscy u mnie musieliby mówić jednym językiem. Wprowadziłbym plan dla drużyn dziecięcych aż do wieku juniora. Do 16. roku życia najważniejsze jest uformowanie i wyedukowanie piłkarza, a nie rywalizacja. Zrobiłbym roczne, stałe plany w których określiłbym miesięczne cele taktyczno-techniczne. A później tygodniowe. I krok po kroku musiałoby to być realizowane.

Do tego trzeba odpowiednich trenerów.

- Odpowiadaliby za wykonywanie ćwiczeń narzuconych przeze mnie, ustalonych według mojego klucza.

Jak dawno był Pan w Polsce?

- Parę dni po mistrzostwach świata.

To, co Pan mówi, jest piękne, ale jak to przeczytają ludzie polskiej piłki, to popukają się w głowę.

- Obecnie w Polsce nie ma żadnej metody. Byłem przez dwa tygodnie na stażu u Rafaela Beniteza w Liverpoolu. On ma skatalogowane nie tylko wszystkie gry, ale wszystkie wyznaczniki, jakimi analizuje się rywala i własny zespół. I według tych wyznaczników każdy pracuje. Dzięki temu można porównywać dane i wyciągać wnioski. U nas podstawą jest intuicja i doświadczenie.

Nie ma boisk...

- W Rumunii też nie ma. W Brazylii podobno też nie. Polacy to naród, który chyba najwięcej na świecie trenuje! Zimowa przerwa w rozgrywkach ligowych trwa pięć miesięcy. Mimo to jeśli chodzi o pracę tlenową - podstawę intensywnych wysiłków - mamy jedną z najgorszych w Europie! To kuriozum. Bo nie umiemy pracować nad tym pracować.

Kiedyś był jeden makrocykl treningowy. W tej chwili w wielkich klubach robi się po pięć makrocykli rocznie. Tak, aby forma rosła i opadała. Teraz łatwiej można sterować dyspozycją piłkarza i wpływać na nią. Każdy makrocykl kończy się próbami szybkościowymi, wytrzymałościowymi i siłowymi. Jest perfekcyjnie kontrolowany w małych odstępach czasowych.

To co powinno się robić w trakcie przerw w rozgrywkach?

- Lepiej je wykorzystać na przygotowanie zawodników. Nasi piłkarze są bardziej otłuszczeni od innych. Nawet od Niemców, mających podobny klimat. O Hiszpanach nie wspomnę. Niewielkie podniesienie się tkanki tłuszczowej wpływa negatywnie na znoszenie intensywnych obciążeń. Czas, w którym się nie gra, powinien być wykorzystany na naukę pracy tlenowej.

Rafael Benitez sprawdza prędkość progową piłkarza. Kiedy ktoś nie ma 12,5 km/godz., musi odejść. Tak było z uwielbianym przez fanów z Anfield Dannym Murphym. Po testach Benitez powiedział mu, że nie zagra 60 meczów na równym poziomie, bo jego organizm nie jest wytrenowany. To wszystko kształtuje się już u dzieci.

Najlepsi zawsze będą uciekać z Polski za granicę. Jedynym wyjściem jest szkolenie młodzieży i wychowankowie. To jest przyszłość. Ale żeby mieć wychowanków, należy narzucić metodologię pracy w grupach młodzieżowych. Do przygotowania fizycznego sprowadziłbym człowieka z Hiszpanii.

To, jak pracuje się w polskich klubach, widać po wielkich wahaniach formy. I po tym, jak wiele tych lepszych drużyn gra z dużą intensywnością. Polskiej lidze brakuje tempa. To sprawa treningów. Jak się trenuje, tak się gra.

Czemu jest u nas coraz mniej dobrych piłkarzy? Ponosimy klęski w pucharach. Przepaść między Polakami a najlepszymi jest coraz większa.

- 20 lat temu w klubach było więcej pieniędzy, lepiej zajmowano się młodzieżą. Po przemianach w Polsce padał jeden klub po drugim. A małe kluby nie miały żadnych możliwości przeżycia. Przez długie lata sport się w Polsce dewaluował. W kolejnych generacjach coraz mniej było indywidualności. A przecież one powstają z porządnego treningu. Dzieci w Polsce trenują dziś często ludzie przypadkowi.

Ale plany można narzucić odgórnie. Mamy wielkich ludzi, np. Zbigniewa Bońka. Federacja włoska na pewno by nam pomogła, udostępniła swoje doświadczenia. Potęga Czechów nie wzięła się z przypadku. 15 czy 20 lat temu poprosili o pomoc Francuzów, teraz mają francuską myśl i model w pracy z dziećmi. Dostali sposób treningu, widzenie piłki i zaszczepili to w swoim maleńkim kraju. Efekty widać. Ktoś musi zacząć w Polsce rewolucję.

Ależ ona trwa. Tyle że innego rodzaju. W poniedziałek z funkcji prezesa PZPN ma zrezygnować Michał Listkiewicz, toczy się śledztwo w aferze korupcyjnej, Wisła Kraków wyrzuciła trenera, Legia przegrała z ostatnim zespołem III ligi, a kadra z Finlandią... To, o czym Pan opowiada, to kosmos dla naszych klubów.

- W kraju jest coraz więcej ludzi dobrze zarządzających klubami - menedżerów, marketingowców. Ale nie ma nikogo, kto potrafiłby zarządzać klubem od strony sportowej. W każdym klubie trzeba się zastanowić - chcemy grać jak Barcelona czy jak Chelsea? Wychować skrzydłowych, czyli znaleźć piłkarzy szybkich, odważnych, grających jeden na jednego, czy takich, co mają żelazną kondycję i będą długo posiadać piłkę. Do tego potrzebni są ludzie mający inne spojrzenie niż do tej pory.

Kiedyś jedni mówili, że najważniejsza jest siła, inni - że technika, a pozostali - że taktyka. Trzy wspomniane rzeczy ścierały się - co jest ważniejsze. Okazało się tymczasem, że najważniejsze jest... podejmowanie decyzji. Co z tego, że jestem świetnie przygotowany fizycznie, jeśli biegam po boisku i nie wbiegam w miejsce, w które powinienem. Albo co z tego, że mam wspaniałą technikę, jeśli podam za wcześnie. Albo że mam świetną taktykę, a decyzję podejmuję nie w tym momencie co trzeba. Dlatego powstała metodologia treningu - w piłce trzeba wykrywać problemy. A potem stwarzać je na treningach.

Tak postępuje Benitez. Ma zapisanych kilkadziesiąt problemów. Np. z kontratakiem. Ale to mało. Czy mam kłopot z inicjowaniem ataku, wyprowadzaniem czy finalizowaniem? W zależności od tych problemów Benitez ma program komputerowy, który - na konkretne problemy - daje konkretne gry-rozwiązania.

Kiedy trener wie, z czym mam problem, pyta specjalisty od przygotowania fizycznego, w jakim momencie mikrocyklu są zawodnicy. W zależności od tego momentu gry-rozwiązania mają odpowiednią intensywność, czas, objętość boiska i liczbę dotknięć w każdej grze. Trening polega na porozumieniu tych dwóch ludzi.

Trener w Liverpoolu jest zmuszony, by były wyniki. Nie planuje na rok, jak ja mógłbym to zrobić w juniorach. Ja ich nie przygotowuję na trzeci mecz z liderem. Mam z nimi przerobić pewien program. Jeśli ich nie nauczę, zawodnik będzie jednostronny. Ostatnio w polskich młodzieżówkach sporo było zawodników dobrze grających jeden na jednego, szybkich. Potem znikali. Mieli być figurami, są pionkami.

Są w Polsce trenerzy opierający się na intuicji, a nie komputerze i nauce, choćby Franciszek Smuda. A tytuły zdobywał w trzech klubach.

- Nie wierzę, że ktoś nie potrzebuje fizjologa. Futbol zmierza do indywidualizacji treningów. Teraz testy robi się nawet na technikę. W porządnych klubach opisuje się przygotowanie fizyczne, techniczne i - co pół roku - rozwój mentalny według kategorii narzuconych przez psychologa.

Hiszpańskie kluby I i II ligi mają specjalne programy, z których jasno wynika przygotowanie fizyczne, techniczne i taktyczne. Widać w komputerze, jakie są odległości między pojedynczymi zawodnikami w formacjach i między formacjami.

W Polsce tego nie ma nikt, a mimo to być trenerem można.

- Hiszpanie przyznają, że kiedy nie mieli tego programu, to często podejmowali złe decyzje. Opierali się o swoje sympatie, wrażenia i przyzwyczajenia. Kiedy dostali materiał - jak porusza się grupa przez cały mecz - zmieniła się ich optyka. To kosztuje majątek, ale w Hiszpanii nie wyobrażają sobie pracy bez tego. Na oko i intuicję już się pracować nie da. Bo nie da się zareagować szybko. A błędy widzi się, dopiero kiedy jest źle.

Jeśli chodzi o trenera Smudę, to zawsze miał silną osobowość, dobry kontakt z zawodnikami i wyniki. Wiedział, czego chce. Nigdy jednak nie można powiedzieć, że drużyna nie grałaby lepiej, gdyby było o niej więcej wiadomo. Skoro w futbolu kibic jest dziś dwunastym zawodnikiem, to informacja jest trzynastym. Ludzie biją się i płacą grube pieniądze za informacje.

Chce Pan pracować w klubie w którym każdego dnia może przyjść prezes i powiedzieć: "panie Trzeciak, do widzenia". Ostatnio taka sytuacja zdarzyła się Danowi Petrescu w Krakowie.

- Takie realia są wszędzie. W Hiszpanii presja jest sto razy większa i wyrzuca się szkoleniowców znienacka.

W Polsce Legia wydaje się solidniejsza, ale w Wiśle jest więcej piłkarskich talentów. Ostatnio były jednak mało przebojowe. Szczególnie skrzydłowi. Drużyna nie umiała być kreatywna, za długo wprowadzała się w sezon. To są objawy, że coś nie było tak ze szkoleniem zespołu. Słyszałem, że Petrescu też nie przejmował się badaniami.

Ja na początku zrobiłbym badania wydolnościowe. Takie jak na Zachodzie. Od razu porównałbym wyniki z piłkarzami hiszpańskimi. Ale nie mógłbym narzucić takich obciążeń jak tam. Benitez chce, by podczas meczu jego piłkarz pracował z prędkością między 14 a 21 km/godz. Ma to na uwadze przy planowaniu ćwiczeń. Gdybym ja takie narzucił, natychmiast "zajechałbym" polską drużynę. Poza tym technika zespołu nie pozwoliłaby na taką płynność gry. W Polsce miesiącami dochodziłoby się do pewnego poziomu.

Trzeba poprawiać jakość gry, ale nie można przemęczyć graczy. Kiedyś nowy trener przychodził i od razu dawał zawodnikom w kość. Bo "u poprzednika nic nie robili". To błąd.

Teraz praca jest zindywidualizowana. Kiedyś pracę tlenową wykonywało się podczas przygotowań. Teraz - przez cały sezon. Zawodnicy dłużej utrzymują się na wysokich parametrach i mogą powtarzać duże wysiłki wielokrotnie.

Wyobrażam już sobie prezesa, który mówi: "piękne słowa, panie Trzeciak, ale jakie daje mi pan gwarancje na wynik. I ile miałbym czekać".

- Gwarancje to dają banki. Ja będę ciężko pracował. Szybko przedstawię spójny plan. Ale najpierw musiałbym wykryć, co jest do poprawy. To jest najważniejsze - diagnoza. Wielcy trenerzy są mistrzami w syntetyzowaniu ogromnej ilości informacji. I podawaniu tego w małych pigułkach piłkarzom. Esencji tego, co będzie im potrzebne w następnym meczu.

Ostatnie spotkania kadry, porażki w pucharach, afera w PZPN wprowadzają nas w pesymizm. Ale ja nigdy się nie zgodzę z tym, że nie mamy piłkarzy, by ograć Finów, Iraklis czy Austrię Wiedeń.

Z piłkarzami doszedłby Pan do porozumienia? Nie byłby Pan dla nich "mądralą z Hiszpanii"?

- Żaden problem. Nauczyłem się tego, że szkoleniowiec musi przekonać piłkarza swoją wiedzą. Taką, która da zawodnikowi zwycięstwo. Jak piłkarz coś robi i widzi, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, pozwala mu wygrywać, mieć coraz wyższe umiejętności, że informacje, które dostaje od trenera, pomagają mu, szybko stanie po mojej stronie. Wszyscy jesteśmy egoistami, każdy patrzy tam, gdzie może odnieść korzyści. Gdy trener w tym pomaga, ma zawodników za sobą.

Co robiłby Pan w klubach gdzie jest presja mistrzostwa, a co w takich, gdzie celem jest utrzymanie?

- Wszędzie z takim samym zapałem chciałbym wprowadzić metody, o których mówiłem. Interesowałyby mnie bardzo drużyny młodzieżowe. To przyszłość. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej. Może wtedy zamiast za 20 lat już za siedem-osiem doczekamy się generacji lepszych piłkarzy.

Oduczyłby Pan dzieci jedzenia hamburgerów, picia coli?

- Wszystkich na pewno nie. Ale dzieci trzeba edukować. Pół treningu to trening, a drugie pół - rozmowa. Kiedy pracowałem z juniorami, po wyjściu na boisko wyjaśniałem, jaki jest cel dzisiejszych zajęć. To podstawa.

Przed treningami piszę sobie wszystkie błędy, jakie zawodnicy mogą popełnić. Później to mi pomaga w ich wykrywaniu. Już się nie zastanawiam, co zrobił źle - ja to widzę. Kiedy pracuję nad długim podaniem, nie krzyczę, że ktoś źle przyjął. Wyłącznie chwalę gracza, jeśli dobrze poda. Młodych ludzi trzeba motywować, zachęcać.

Byłem w Barcelonie na stażu i słyszałem, jak mówili dzieciakom: "bierz piłkę i ryzykuj". Głowa jest jak twardy dysk. Jak coś zrobię dobrze, uda mi się wygrać pojedynek, dobrze dośrodkować i kolega strzeli gola, to na twardym dysku się to zapisze. I nadal będę to robił dobrze.

Kiedyś Stefan Majewski przyszedł do Polski po szkole niemieckiej, Stanisław Gzil z Belgii. Obaj wprowadzili różne nowinki, których nie zaakceptowali piłkarze.

- Wszystko można opracować wspólnie z zawodnikami. Ja nie pilnuję piłkarzy. Wolę go codziennie zważyć, raz w miesiącu zmierzyć tkankę tłuszczową i sprawdzić, jakie ma zakwaszenie. I już doskonale wiem, jak prowadzą się piłkarze. Sam nim byłem.

Teraz można zbadać zawodnika idealnie. Nie trzeba za nim chodzić. Trudno, by w świecie piłki nawet na poziomie polskiej ligi nie można było kogoś przekonać do zrzucenia pięciu kilogramów. Zarabiając setki tysięcy złotych, mają obowiązki wobec klubu, trenera i - przede wszystkim - siebie. Swojej ambicji.

Ale mentalność polskiego piłkarza jest taka, by jak najwięcej i jak najszybciej zarobić.

- Młody piłkarz musi wiedzieć, szczególnie w czasach gdy jest mnóstwo menedżerów mieszających im w głowach, że pieniądze zawsze będą towarzyszyć dobrym zawodnikom.

Ale polski piłkarz zadowala się jednym dobrym kontraktem.

- Wiem, że niełatwo przekonać kogoś do ciężkiej pracy. My mamy mentalność postkomunistyczną. Społeczeństwa zachodnie bardziej szanują mrówczą pracę i autorytety. Dlatego mówię, że piłkarza trzeba edukować od małego.

Piłka to nie nauka. Żaden komputer nie powie Panu, dlaczego piłkarz nie strzelił do pustej bramki i z tego powodu Pana zespół przegrał.

- Przygotowanie fizyczne można kontrolować w sposób naukowy. Plan techniczno-taktyczny to sprawa, która zależy od inwencji tworzącego. Trzeba mieć sporo wiedzy, wymieniać doświadczenia z innymi, dużo czytać. Jest wielu autorów, którzy dla mnie są wyznacznikami, którzy wymyślili takie właśnie spojrzenie na piłkę. Jeden to Portugalczyk Jorge Castelo. Wydał fantastyczną książkę "Futbol - dynamika i struktura gry". Przedstawił, w jaki sposób dzieli problemy, które mogą się wydarzyć. Jak dobiera do nich trening. Jeśli chodzi o taktykę, to opieram się na moim znajomym Mikele Etxarrii. Jeden z najlepszych wykładowców tej dziedziny.

A o podręczniku Jerzego Talagi Pan słyszał?

- Widziałem tę książkę. Często pojawia się w bibliografiach pod różnymi pracami - z Włoch czy Hiszpanii. Ale ma ona swoje lata. Teraz trening - z analitycznego, czyli polegającego na powtarzaniu pewnych rzeczy - zmienił się w globalny albo integralny. To znaczy, że technikę, taktykę, przygotowanie fizyczne ćwiczy się w grach.

Gdzie dotąd Pan pracował?

- Najpierw byłem drugim trenerem w Polideportivo El Ejido. Potem w filialnym klubie Osasuny i - rok temu - w III-ligowym zespole Riverebro. Zajęliśmy miejsce w środku tabeli. Historię mam krótką.

Oczekiwań co do pracy wielkich nie mam. Pół roku powinno mi wystarczyć na przekonanie kogoś do siebie. Presja jest wszędzie, możliwość wywalenia z pracy taka sama. Rok temu w II lidze hiszpańskiej zmieniono 23 trenerów - więcej, niż jest drużyn! To normalna sytuacja.

Ale w Hiszpanii wszystko jest bardziej ucywilizowane, w Polsce byłaby to praca u podstaw. Niech przy klubach powstają fundacje, aby można było wpłacać pieniądze na dzieciaki. Ale przede wszystkim musi być plan, według którego zaczną pracować. Jeśli tego nie będzie, nie ruszymy z miejsca.

lordinho - 2006-09-26, 19:58

Niezłe CV.

Cytat:
To przyszłość. Im szybciej to zrozumiemy, tym lepiej. Może wtedy zamiast za 20 lat już za siedem-osiem doczekamy się generacji lepszych piłkarzy.


:(

Pred - 2007-03-15, 20:39

Cytat:
Anglicy chcą zlikwidować remisy

Football League, skupiająca drugą, trzecią i czwartą ligę angielską, chce, by każdy mecz miał zwycięzcę. Trenerzy, piłkarze i kibice są przeciw

Plany są dwa. Albo po zakończonym remisem spotkaniu drużyny strzelałyby rzuty karne, albo każdy piłkarz miałby 8 s na zdobycie gola, startując z linii środkowej. Drużyna, która wygrałaby w taki sposób, zdobywałaby dwa punkty, przegrana tylko jeden. - Wygląda to jak cyrk. Niech nie liczą na moje poparcie - powiedział trener Crystal Place Peter Taylor. - Być może trenerzy nie cierpią rzutów karnych, ale fani je uwielbiają - argumentuje szef Football League Brian Mawhinney.

Pomysł zgłosiło stowarzyszenie kibiców. Władze Football League są za, twierdzą, że dzięki zmianie więcej ludzi zacznie przychodzić na stadiony. Ma do niej dojść w czerwcu, weryfikacja eksperymentu nastąpiłaby za rok. Prezesi 72 klubów Football League zgodzili się na rozważenie propozycji.

- Ciekawy jestem, gdzie oni znaleźli takich fanów. Może w pubie? Pewnie jedni i drudzy byli pijani - powiedział szkoleniowiec Plymouth Ian Holloway. - Niedorzeczny pomysł - dodaje prezes Bristol City Steve Lansdown. Na stronach internetowych pomysł krytykują także kibice. "To się nie może zdarzyć. To się nie powinno zdarzyć. To się nie zdarzy!" - napisał jeden z fanów. Władze Football League chce też, by przysyłano inne propozycje zmian, które mogłyby uatrakcyjnić grę.

Z remisów próbowano zrezygnować już w japońskiej J-League i amerykańskiej Major League Soccer. W obu przypadkach pomysł się nie sprawdził. - Wiem, jak to działa, bo przećwiczyłem to na sobie, gdy byłem trenerem Nagoya Grampus Eight. W Japonii obowiązywał system z dogrywką i złotą bramką, a potem, ewentualnie, karnymi. Zupełnie się to nie sprawdzało, brakowało spektakularnych wyników i wielkich emocji. Remis jest częścią tej gry - mówił szkoleniowiec Arsenalu Arsene Wenger. - To pomysł przyszedł od diabła. Futbol nie potrzebuje takich zmian - podsumował Jimmy Hill, człowiek, który w 1981 r. wprowadził do ligi angielskiej trzy punkty za zwycięstwo.


Ciekawe. Kiedys zastanawialem sie nad tym aby zlikwidowano dogrywki i od razu po 90 minutach wykonywano rzuty karne, z racji tego ze wiekszosc dogrywek konczylo sie i tak karnymi, wiec po co na nie czekac. Pomysl, ze zlotym golem nie podobal mi sie od poczatku. To co proponuje sie tutaj, tez jest ciekawe, jakies dodatkowe emocje wywolywaloby, ale raczej nie przejdzie.

Kendzior - 2007-03-16, 11:31

jak dla mnie bez sensu. imho oznaczaloby to mniejsze emocje na koncu rozgrywek gdzie 1-2 pkty przewagi/straty do lidera oznaczają mase scenariuszy do rozegrania. W przypadku wprowadzenie owego cyrku najmniejsza strata to 3 pkty. Remis jest nieodłącznym elementem pilki noznej.
baixinho - 2007-03-16, 11:47

poza tym wyobazmy sobie sytuacje jak GD. bramka na 3-3, super radosc a tu jeszcze dodatkowe karne i za chwile to real ma 1 a my 2..zupelnie niesprawidliwy uklad
danji - 2007-03-16, 11:56

Jeśli chodzi o jakieś zmiany w piłce, to ja bym się zastanowił nad nie faworyzowaniem druzyny, ktora zdobyla wiecej bramek na wyjezdzie w spotkaniach pucharowych. Irytuje mnie gdy jeden zespół postawi sobie cel za wszelką cenę nie stracić bramki u siebie, a później przechodzi po bramkowym remisie na wyjezdzie. Mniej murarki imo by było, a o to chyba chodzi.
Kendzior - 2007-03-16, 19:05

ciekawa opcja, idzie z duchem czasu.

jak dla mnie priorytetem jest zorganizowanie systemu pozwalającego na definitywne orzekanie o strzelonym golu ( w przypadku gdzie jest wątpliwosc czy pilka przekroczyła linię bramkową) . Wiem ze w nizszych klasach rozgrywkowych byłoby to niemożliwe w przypadku gdy decydowała by technika ( chipy w pilce, kamera na linii ), ale w europejskich pucharach czy rozgrywkach międzynarodowych gdzie wynik obarczony jest wielkimi skutkami finansowymi jest to konieczne-frustracja po zdobyciu ewidentnej bramki nie zna granic :) . Dodatkowy sędzia jakos dziwnie by wyglądał :P .Co do ustalania spalonych to mysle ze mozliwy jest system sprawdzania na nagraniu (po uprzednim puszczeniu akcji do konca), czy takowy był , ale wprowadziłoby to za duzo przerw w grze, co z kolei wiązałoby się z dokładnym pomiarem czasu. To ostatnie to też jakas propozycja. Ja osobiscie uwazam ze stoper jest dobry na kosza - pan w czerni to też wazna postac w pilce , więc niech ona dysponuje czasem - pewnie większosc z Was sie z tym nie zgodzi :P .

Negro - 2007-03-16, 19:08

Z jednej strony masz racje z tym orzekaniem o golu, ale wtedy przepadną tematy do napinek i dyskusji :(
Kendzior - 2007-03-16, 19:12

zawsze mozna stwierdzic ze pilka nie byla okrągła , albo że 'sędzia ch**' :]
sol11 - 2007-03-17, 18:28

wlasnie, ja kiedys tez uwazalem ze te zmiany to zajebista srapwa a tej chwili uwazam ze modyfikacja na perfekcjonizm spowoduje ze ten sport bedzie poprostu nudny. Bo wszystko bedzie mechaniczne zero kontrowersji
imerr - 2007-04-20, 13:15

Der Spiegel o Milan Lab

Cytat:
Profile wellnessu, biofeedback, posiedzenia w Mind Room – AC Milan ma najnowocześniejszą w Europie sekcję medyczną. W Milan Lab trenuje się nie tylko mięśnie, lecz także duszę.
Pierwszy trener nowego wieku wierci się niespokojnie na ławce w szatni. Sezon był dotąd wystarczająco trudny i Carlo Ancelotti nie chce akurat teraz budzić wrażenia, że to nie jego praca i intuicja spowodowały, iż AC Milan jest faworytem w ćwierćfinałowych meczach Ligi Mistrzów z Bayern Monachium, lecz zrobił to jakiś komputer w piwnicy, który mierzy prądy mózgowe jego graczy. Z całym szacunkiem, daje do zrozumienia Ancelotti, ale akurat tego tematu to on nie lubi.

Ale Ancelotti wie oczywiście, że w międzynarodowym futbolu rozchodzi się wieść o Milan Lab, niczym wśród wojskowych wiadomość o lokalizacji tajnych laboratoriów badawczych. Nikt tam nie był, ale wszyscy o tym mówią. To w pełni skomputeryzowane laboratorium zdolne jest do niesłychanych rzeczy: potrafi zmniejszyć liczbę kontuzji, zwiększyć wydajność graczy i przedłużyć ich karierę. "L'Equipe" nazywa je "nową tajną bronią" – tak jakby klub miał jeszcze w zanadrzu szybkiego jak strzała napastnika, nieznanego nikomu.

– Ancelotti jest pierwszym trenerem piłkarskim, którego praca opiera się na naukowych danych – mówi Jean-Pierre Meersseman. To zdanie jest może nieco na wyrost. (…) Szefa Milan Lab otacza nieco zagadkowa aura, potrafi on zafascynować słuchaczy. Ten chiropraktyk zajmował się zawsze bogatymi i potężnymi, rozruszał stawy m.in. handlarzowi broni Adnanowi Kashoggiemu i byłemu premierowi Silvio Berlusconiemu. I to właśnie Berlusconi, prezes AC Milan, ściągnął Meerssemana do Milanello.

Tereny treningowe klubu, 50 kilometrów na północny-zachód od Mediolanu, położone są między piniowymi lasami a małym sztucznym jeziorem. Widać stąd Alpy. Milanello promienieje staromodnym wdziękiem rześkiego letniego dnia, żwirek na drodze trzeszczy pod butami jak w czasie spaceru w wiejskiej posiadłości w Anglii. To tutaj Meersseman wraz z dwoma kolegami zbudował Milan Lab, system, który ostrzega trenera przed kontuzjami jego graczy, tak jak komputer pokładowy w limuzynie informuje o spadku ciśnienia oleju lub zużyciu okładzin tarcz hamulcowych.

Meersseman rozwinął swój pomysł razem z psychologiem sportu Bruno Demichelisem i trenerem fitnessu Daniele Tognaccinim, który w swojej pracy magisterskiej zajmował się "wykorzystaniem komputerów w nowoczesnym programie treningowym". Było to w roku 2001. Rok wcześniej AC Milan kupił od Realu Madryt za 18 milionów euro reprezentanta Argentyny Fernando Redondo i dał mu najwyższy w światowym futbolu kontrakt. Jednakże Redondo podczas treningu od razu odniósł ciężką kontuzję, która wykluczyła go z gry na dwa lata. Gdyby udało się zapobiec takiemu przypadkowi, Milan Lab pomógłby zaoszczędzić miliony.

W lipcu 2002 roku zaczęli zbierać w Milanello wszelkie możliwe dane graczy.

– Na początku można było niemal oszaleć, bo nie wiadomo było, które są ważne – mówi Bruno Demichelis. Jako dziecko marzył, by zostać samurajem, nauczył się japońskiego i w 1977 roku zajął drugie miejsce na mistrzostwach świata w karate w Tokio. Teraz ma 60 lat i obwieszcza, grzmiąc niczym wędrowny kaznodzieja, "systematyczny udział" w budowaniu drużyny. Takie myślenie, zapewnia, jest "jak przejście na system kopernikański".

To kolejne odważne zdanie, ale Demichelis jest przekonany, że trzeba uwzględniać wszystko, co może wpływać na formę czołowego gracza. Także to, co je on na śniadanie, jakie buty nosi na treningu i czy akurat pada deszcz. W Milan Lab zbiera się dane o budowie kostnej, mięśniach i nerwach. Za pomocą testów osobowościowych mierzona jest umysłowa sprawność graczy, podobno testy z pytaniami są w 27 językach. Wszystkie wyniki opracowuje komputer, każdy gracz otrzymuje tzw. profil wellnesu, a jeśli zjedzie o ponad 30 procent poniżej swojego najlepszego wyniku, wycofywany jest z treningu.

– Na emocje jest czas w ciągu 90 minut meczu, poza boiskiem wolimy trzymać się faktów – mówi Meersseman.

Zanim Milan Lab rozpoczął pracę, Milan przez siedem lat nie osiągnął na wielkiej scenie Ligi Mistrzów nawet ćwierćfinału. A teraz, w pierwszym roku funkcjonowania laboratorium, wygrał już Ligę Mistrzów, pokonując w finale akurat Juventus Turyn, wielkiego rywala z własnego kraju. A więc Milan Lab przynajmniej nie szkodził.

Ale co się tam właściwie dzieje? Na razie ludzie w Milanello chowają się za kaskadą ładnie brzmiących słów. – Trochę się tym bawimy – wyjaśnił jeden z działaczy klubu angielskiej gazecie "The Guardian". – Ujawniamy nieco informacji, co budzi ciekawość, ale zachowujemy tajemnicę, co budzi jeszcze większą ciekawość. Brzmi to, jakby prowadzili wyrafinowaną kampanię PR na rzecz laboratorium, które nie ma nawet własnego logo.

Ale piłkarzy nie da się przekonać robieniem tajemnic. Gracz reprezentacji Danii Thomas Helveg miał kontrakt z Milanem w pierwszym roku funkcjonowania laboratorium. Mówi, że żaden piłkarz nie powiedział ani jednego złego słowa na ten temat. Jeszcze dzisiaj w głosie Helvega brzmi euforia, gdy mówi o swoich doświadczeniach. Było mniej kontuzjowanych – według danych klubu liczba nietraumatycznych kontuzji spadła o 90 proc. – a każdy piłkarz był coraz lepszy. Helveg poprawił wyskok, co ma spore znaczenie dla obrońcy. (…)

Milan Lab funkcjonuje także jako studnia młodości. Czterdziestoletni Alessandro Costacurta, występując w listopadzie w meczu z AEK Ateny, stał się najstarszym graczem w historii Ligi Mistrzów. Brazylijczyk Cafu, 36 lat, i właśnie kontuzjowany Paolo Maldini, 38 lat, ciągle jeszcze są podstawowymi graczami. Pod względem średniej wieku AC Milan jest najstarszą wśród wybitnych drużyn w Europie.

Klub zatrudnia nie tylko diagnostyków formy, lekarzy sportowych i masażystów. Osteopata usuwa blokady w ciele. Kuchnia w Milanello używa tylko biodynamicznych produktów, co jeżdżący BMW Demichelis komentuje następująco: – Samochodu wyścigowego nie tankuje się przecież na zwykłej stacji benzynowej.

Mimo to w czerwcu 2005 roku AC Milan przeżył jedną z największych porażek w swojej historii. Drużyna przegrała w finale Ligi Mistrzów w rzutach karnych z Liverpoolem, choć do przerwy prowadziła już 3:0. Była to także porażka psychologów. – Po meczu powiedziałem: albo mnie wyrzućcie, albo wreszcie będę mógł zbudować Mind Room – mówi Demichelis.

Do znajdującego się w piwnicy Mind Room prowadzą schody obok pomieszczenia do fitnessu. Każdy, kto chce wejść, musi przycisnąć kciuk do biometrycznego sensora. Za drzwiami, w centralnym komputerze zbiegają się wszystkie dane Milan Lab, nieco dalej brane są pomiary piłkarzy i robi się im testy ruchowe. Jest tu mnóstwo techniki, ale ani odrobiny światła dziennego. Podobnie w Mind Room. Jest dźwiękoszczelny, temperatura i wilgotność powietrza są zawsze takie same. Tutaj na dole Lab sprawia rzeczywiście wrażenie tajnego laboratorium. U góry, w pomieszczeniu fitnessu trenuje się ciało, w piwnicy – duszę.



To, co dzieje się na dole, wychodzi daleko poza testy osobowościowe, jakie zwykle robi Demichelis, czy poza jego ćwiczenia mające poprawić zdolność postrzegania. – Tutaj prowadzimy mentalną gimnastykę – mówi psycholog. W tym celu okablowuje się zawodowców na sześciu żółtych leżankach. Demichelis na monitorach w pomieszczeniu kontrolnym widzi, jak bije ich serce, jaki mają oddech, temperaturę skóry, zaś częstotliwość fal mózgowych pokazuje stopień koncentracji piłkarzy. Zdolność koncentracji trenuje się w ten sposób, że piłkarze muszą skupić się na animowanej postaci, by utrzymać ją w ruchu. Jeśli odbiegną gdzieś myślami, zmieniają się fale mózgowe i figura zastyga w miejscu. Niektórzy piłkarze mają już za sobą ponad sto takich posiedzeń.



Biofeedback to metoda, którą stosowano wcześniej jedynie w leczeniu klinicznym, na przykład w terapii dzieci z zaburzeniami uwagi. Obecnie sięgają po nią nawet czołowi sportowcy, jak mistrz olimpijski w narciarstwie Hermann Maier czy kierowca Formuły I Ralf Schumacher. – Te ćwiczenia skończyły z wieloma bezsensownymi cierpieniami – mówi Demichelis – gdy sportowcy często tylko z powodu słabej koncentracji lub blokady psychicznej nie mogli osiągnąć najlepszych wyników. (…)



Biofeedback, mentalna gimnastyka i redukcja ryzyka kontuzji – to wszystko brzmi bardzo pięknie, ale czasami także nieco ezoterycznie. – Gdzie jest dowód? – pyta Tim Meyer, lekarz niemieckiej reprezentacji piłkarskiej. Na kilku kongresach widział prezentacje ludzi z Milan Lab. – Za niepoważne uważam zapewnienia, że kilka godzin po posiłku można sprawdzić na podstawie badania krwi, czy jedzenie było odpowiednie – mówi Meyer. Jest także zdania, że niemal każdy rodzaj zwiększonej opieki nad piłkarzami może mieć pozytywne działanie. – Wystarczy zrobić cokolwiek, a już osiąga się krótkoterminowe korzystne efekty – zapewnia.



Czy więc w Milanello po prostu strzelali śrutem i trafili, bo opieka nad graczami stała się bardziej intensywna? – Uważam, że mamy do czynienia z czymś fantastycznym – zapewnia Jean Pierre Meersseman. Przyznaje jednak, że na razie nie potrafi tego udowodnić. – Zakończyliśmy właśnie pierwszą fazę rozwoju i musimy jeszcze zebrać dokładne dane naukowe.



Trzeba także zająć się załamaniem w tym sezonie, który jest dla AC Milan jednym z najtrudniejszych. Klub uwikłany był w skandal korupcyjny, dlatego spadł w tabeli i na początku sezonu musiał grać w kwalifikacjach do Ligii Mistrzów. Piłkarze, którzy uczestniczyli w mistrzostwach świata, nie mieli praktycznie urlopu, chociaż obliczenia Milan Lab przewidywały cztery tygodnie odpoczynku. Gdy pod koniec ubiegłego roku w ciągu kilku tygodni kontuzje odniosło tylu graczy, co w ciągu pięciu poprzednich lat, w klubie doszło do gwałtownych dyskusji na temat Milan Lab. Ale Meersseman powiedział, że wszystkie kontuzje były wypadkami, a awarię komputera pokładowego tłumaczył „nerwowymi przygotowaniami do sezonu”.



Od stycznia w AC Milan uważają, że najgorsze mają już za sobą. W następnym sezonie dane z treningu mają być analizowane w czasie rzeczywistym, dzięki wsparciu ze strony Instytutu Biotechniki Uniwersytetu w Liege. Ponadto Massachusetts Institute of Technology tworzy dla mediolańczyków system analizy gry.



(…) Trener Carlo Ancelotti wolałby jednak przypomnieć, jak ważne są dla niego, mimo istnienia Milan Lab, „emocje i intuicja”. – Poza tym to ciągle jeszcze ja prowadzę samochód – mówi Ancelotti. Komputer pokładowy póki co nie przejął kierownicy.

imerr - 2007-05-02, 17:44

Cytat:
Międzynarodowa Federacja Piłkarska (FIFA) rozważy możliwość wprowadzenia zmian w przyznawaniu liczby punktów i w sędziowaniu meczów - zapowiedział w środę prezydent FIFA Sepp Blatter

Blatter poinformował na konferencji prasowej, że jesienią rozpocznie prace komisja strategiczna, która ma zbadać możliwości zmiany liczby punktów. Dodał, że osobiście jest przeciwko pomysłowi, by za remis nie przyznawać punktów.

Szef FIFA popiera natomiast propozycję prezydenta UEFA Michela Platiniego, który chce, by sędziemu prowadzącemu mecz pomagało czterech sędziów liniowych. - To pierwszy sojusz z Michelem Platinim. Trzeba pomóc sędziemu, trzeba mu dać więcej asystentów - wyjaśnił Blatter.

System sędziowania z czterema arbitrami liniowymi ma być wypróbowany latem w mistrzostwach Europy U-17 w Belgii oraz w mistrzostwach świata U-17 i U-20 w Korei Południowej i Kanadzie.

Boberek - 2007-05-15, 21:57

Cos podobnego do tego co wkleil Imerr...



Prezydent Europejskiej Unii Piłkarskiej (UEFA) Michel Platini powiedział we wtorek, że chce powiększyć liczbę sędziów na każdy mecz o dwóch dalszych. Ma to zmniejszyć ilość kontrowersyjnych decyzji arbitrów.
- Moim pomysłem jest zwiększenie liczby sędziów. Sędziowanie z udziałem trzech sędziów jest przestarzałe. Trzej arbitrzy nie mogą widzieć wszystkiego - powiedział Michel Platini w wywiadzie dla francuskiego tygodnika "France Football".

Według prezydenta UEFA, dwóch dodatkowych sędziów stałoby obok bramek kontrolując sytuacje na polu karnym. - Proponuję zaangażowanie dwóch dodatkowych sędziów. Mogliby nawet mieć ponad 45 lat, bowiem nie będą biegać, tylko stać obok bramek. Musimy pokazać światu, że jesteśmy przeciwko nieuczciwości i chcemy iść w kierunku mniejszej ilości błędów sędziowskich - dodał szef UEFA.

Platini jeszcze raz opowiedział się przeciwko elektronicznym urządzeniom i aparaturze wideo, która miałaby pomagać sędziom. - Istnieje ryzyko, że systemy elektroniczne zdehumanizowałyby futbol. Jeśli stacje telewizyjne chcą być szefami sędziów to niech staną do wyborów - zakończył.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

hmm wg mnie nie glupi pomysl Platiniego tylko zastanawia mnie kogo decyzja bedzie wiazaca w przpadku sygnalizacji przez takiego sedziego w polu karnym jakiegos przewinienia ?? ? czy bedzie sie konsultowal z glownym czy jego decyzja bedzie ostateczna.....

pomysl wart wyprobowania na jakims turnieju mlodziezowym rangi mistrzowskiej...

imerr - 2007-11-26, 11:26



Felieton Steca:

Cytat:
E=mc2 czyli futbol przyszłości

Rozmawia trener z dyrektorem sportowym. Normalnie, o transferach. Obaj z nosami w laptopach.

Trener: Bierzemy Zdechlakowskiego? Ma indeks 3478, a do końca sezonu dobije pewnie do 4000.

Dyrektor: Ładnie. Ale ja bym uważał. Popatrz, jak mu spada efektywność po 75. minucie. W każdym meczu prawie. Ponad 30 procent! A przecież fizycznie ich naładować to oni umieją... Przy twoim tempie gry spuchnie jeszcze szybciej.

Trener: Masz rację. Nie będę marnował jednej zmiany w każdej kolejce na bocznego obrońcę. To co, upierasz się przy Pękalskim? Indeks nieźle, prawie 3700, ale wrzuć kryterium klasy przeciwnika. O mistrza to z nim nie pogramy, rządzi tylko w meczach z leszczami. Wtedy nawet tysiąc wyrabia. Zapomnij o Lidze Mistrzów. Wyżej Pucharu UEFA to on nie podskoczy.

Dyrektor: Dlatego kupiłbym go do rotacji, na słabych. Na mocnych mam tu jeden wynalazek. Jeszcze nieodkryty. Rzuć okiem, jakie robi postępy. W zeszłym sezonie potrzebował na przyjęcie i podanie średnio 3,8 s. Teraz zszedł do 3,4 s!

Niezachwianej pewności, że podobne dyskusje wkrótce staną się zwyczajowe, nabrałem tydzień temu w Reading pod Londynem. Byliśmy w Technology Centre firmy Castrol, które postanowiło stworzyć najdoskonalsze pośród istniejących narzędzie do analizy meczu.

Castrol Performance Index oparty na technologii używanej dotąd w lotnictwie będzie używany przez UEFA podczas mistrzostw Europy. Jego cel - zredukować do ciągu cyfr wydarzenia z każdej kępy trawy, każdą sekundę gry, każde dotknięcie piłki. Proste obliczanie procentu celnych podań czy mierzenie dystansu pokonanego przez zawodnika to już przeżytek.

Wszystkich szczegółów nie poznałem, zresztą bym ich tutaj nie pomieścił, dlatego podam jedno kryterium oceny indywidualnego występu - świetnie oddającego, na jak głęboki poziom analizy schodzimy. Otóż CPI dzieli boisko na sektory i każdemu przypisuje współczynnik prawdopodobieństwa, że drużyna budująca akcję strzeli gola, jeśli posiada piłkę w tym właśnie sektorze. Następnie wartościuje wszystkie zachowania gracza - jeśli dzięki jego odbiorowi, podaniu czy dryblingowi rośnie/maleje szansa na bramkę, to można ten wzrost/spadek podać w liczbach. A po ostatnim gwizdku liczby zsumować.

Wnioski zależą od inteligencji i pomysłowości trenera. Można zaobserwować, w jakich okolicznościach X radzi sobie najlepiej i najgorzej, kiedy drużyna wpada w kryzys, można wyrysować akcje dla drużyny najbardziej wydajne.



Zirytowanych przeobrażaniem pięknego sportu w teoretyczną papkę przepraszam, ale do żadnych nadużyć się nie uciekam - najwybitniejsi fachowcy traktują rzecz śmiertelnie serio. W Reading spotkałem Arsene'a Wengera, który jako ambasador Castrola jest twarzą przedsięwzięcia. W laboratoryjnym kitlu i laboratoryjnych goglach Francuz niczym nie różnił się od jajogłowych twórców systemu, którzy oprowadzali nas po ośrodku. Wreszcie zobaczyłem na własne oczy, co oznacza przypinana trenerskim gigantom łatka szalonych naukowców traktujących futbol jako dyscyplinę całkowicie wymierną.

Trener Arsenalu obsesji na punkcie statystyk nigdy nie ukrywał, ale do niedawna akurat piłkę nożną opisywały one według szokująco - w porównaniu z innymi grami - ubogich kryteriów. Teraz i tu nadchodzi rewolucja. Objaśniający jej sens Wenger mówił, że budząc się rano po meczu, nie chce polegać wyłącznie na wrażeniach, lecz mieć absolutną pewność, co działo się na boisku. A jeśli klasowy piłkarz potrzebuje - zdaniem Francuza - od 2,5 do 3,1 s na sekwencję: opanowanie piłki - podjęcie decyzji - podanie, to żaden szkoleniowiec nie uchwyci gołym okiem, czy X nie działa zbyt ospale, czyli przez 3,2 s. Nawiasem mówiąc, niewiarę Wengera we własne zdolności obserwacyjne łatwo zrozumieć, bo z konferencji prasowych wiemy, że przez ponad dekadę w Arsenalu nigdy nie zdołał zauważyć incydentu, po którym jego piłkarz zasłużenie wylatywał z boiska z czerwoną kartką.

Francuz tłumaczył, jak dzięki programowi podnieść jakość gry drużyny, ale niewykluczone, że bezcenny okaże się on również na rynku transferowym. Wyobraź sobie, że prowadzisz średni angielski klub. Budżet masz lichy, z trudem uciułałeś kasę na jeden skromny zakup. Odróżniasz Cristiano Ronaldo od Johna Terry'ego, zdajesz sobie sprawę z klasy Fernando Torresa, lecz nawet gęsta sieć tzw. skautów, czyli poławiaczy talentów, nie wystarcza, by mieć np. pełen przegląd wszystkich prawych obrońców w kilkunastu najważniejszych ligach brytyjskich. Gdyby zatem w przyszłości objąć wszystkie boiska elektronicznym Wielkim Bratem wyposażonym w analityczny mikroskop, trenerzy dostaliby fantastyczne narzędzie. Niegwarantujące wyłącznie trafnych decyzji, ale niezwykle pomocne.



Wszystko to brzmi jak przepowiednie o nieuchronności ostatecznej dehumanizacji futbolu, ale w rzeczywistości nie jest aż tak groźne. Po boiskach wciąż biegają homo sapiens i żaden cud techniki nie przewidzi, jak piłkarz zareaguje, gdy zdechnie jego ulubiony kanarek, albo jak zniesie specyficzny styl bycia nowego trenera. Dlatego powtórzmy: gwarancji idealnego transferu nie będzie nigdy.

Kluby jednak będą do doskonałości dążyć. Bogate, często notowane na giełdzie - by chybionymi transferami nie czynić biznesu mniej przewidywalnym. A biedne także dlatego, że przepaść między nimi a potentatami się powiększa, więc trzeba się chwytać wszystkich możliwych brzytew. Trenerzy coraz chętniej przyznają się np. do korzystania z gigantycznych baz danych komputerowych gier w typie "Football Managera" i "Championship Managera", czyli symulatorów zarządzania klubem, które zbiorem liczb opisują - bazując na opiniach researcherów - umiejętności setek tysięcy piłkarzy ze wszystkich kontynentów. Najsłynniejszy spośród nich to Gordon Strachan z Celticu Glasgow. Kiedy jeszcze pracował w Southampton, "CM" wpłynął na jego decyzję o pozyskaniu Agustina Delgado. Ale ekwadorski napastnik - znów uspokajam przerażonych wizją bezdusznej przyszłości - okazał się kompletnym niewypałem, choć drużynie Janasa na mundialu gola strzelił. (W Polsce fanem gry był Jerzy Engel, choć nigdy nie wspominał, by kupował piłkarzy sprawdzonych wyłącznie wirtualnie).



Udoskonalanie programów do analizy gry i rozszerzanie baz danych da nam możliwości, których dziś nawet sobie nie wyobrażamy. Załóżmy, że po ziemskich boiskach biega 150 milionów piłkarzy w wieku, że się brzydko wyrażę, produkcyjnym. Rzucam liczbę przybliżoną, statystyk totalnych nikt nie prowadzi. Ilu z nich największy stachanowiec wśród trenerów jest w stanie zobaczyć na własne oczy? Ile lig może przefiltrować zastęp skautów? Ilu całkiem zdolnych - choć nieboskich pomazańców w typie Ronaldinho - nigdy nie dostanie przyzwoitej, dobrze płatnej pracy w solidnej firmie europejskiej? Czasem przegrywając z beztalenciami promowanymi przez obrotnych menedżerów?

Może ktoś kiedyś wpadnie na pomysł, by stworzyć bazę danych globalną. Oczywiście nikt nie podejmie decyzji na podstawie jakiejś tam listy, choćby rekomendowały ją najznamienitsze futbolowe autorytety. Jeśli jednak prezes zechce wysłać do Azji jednego człowieka, by wyszukał młodego defensywnego pomocnika, który jest do wzięcia za darmo, wstępna selekcja może mu się przydać. No bo gdzie lecieć, nie wiedząc, że czy więcej zdolniachów biega po boiskach Laosu czy jednak Bangladeszu?

imerr - 2008-07-18, 17:07

Stary artykuł z Dziennika, ale można przeczytać http://www.dziennik.pl/sp...w_kaskach_.html

Cytat:

Coraz częściej mają urazy głowy

wtorek 10 kwietnia 2007 07:39
Piłkarze będą grali w kaskach?

Urazy głowy to od 5 do 25 proc. wszystkich urazów, jakich doznają piłkarze. Najczęściej dostają "kopa" od rywali, ale nawet uderzanie piłki głową może skończyć się kontuzją. Możliwe, że wkrótce piłkarze będą nosić specjalne kaski - informuje DZIENNIK.
czytaj dalej...
REKLAMA

W ostatniej kolejce Ligi Mistrzów obrońca Romy Cristian Chivu biegał w specjalnej masce, która miała chronić jego nos, złamany w meczu z Lyonem. Z kolei bramkarz Chelsea Petr Cech miał na sobie coś, co przypominało hełm radzieckiego czołgisty. Jeszcze do niedawna bano się o jego życie, po tym jak pomocnik Reading Stephen Hunt uderzył go kolanem w głowę. Czeski bramkarz musiał przejść skomplikowaną operację i kilka terapii u psychologa.

Wiadomo - futbol robi się coraz brutalniejszy. Skoro piłkarze noszą ochraniacze na nogach, to dlaczego nie mieliby nosić ochraniaczy na głowie? Kilka tygodni temu John Terry podziękował lekarzom za uratowanie życia. Obrońca Chelsea w finale Pucharu Ligi został kopnięty z całej siły w głowę przez Abou Diaby'ego z Arsenalu. Ofiara straciła przytomność, sprawca skręcił sobie nogę. "Codziennie czekam aż klubowy lekarz zapuka do moich drzwi i powie mi kto jest kontuzjowany. Tamtego dnia byłem szczęśliwy, bo nie zapukał. Jednak potem już pukał i pukał, i pukał…" - stwierdził podłamany menedżer Chelsea Jose Mourinho. "Myślałem, że John tego nie przeżyje, ale to prawdziwy człowiek z żelaza" - powiedział Cech. On wciąż gra, ale przecież nie każdy jest człowiekiem z żelaza.

"Nawarstwione mikrourazy mózgu"

Cztery lata temu zmarł 59-letni były piłkarz West Bromwich Jeff Astle. Koroner stwierdził, że zgon nastąpił wskutek "nawarstwionych mikrourazów mózgu", spowodowanych ciągłym uderzaniem piłki głową. Astle był typowym środkowym napastnikiem - wiele ze swoich 179 goli strzelił "główką". Po śmierci Astle'a stwierdzono, że rozwijała się u niego choroba Alzheimera. Badania na zwierzętach pokazały, że wskutek kilku, kilkudziesięciu niewielkich urazów mózgu, wydzielana jest proteina o nazwie amyloid, toksyczna dla innych komórek. Wydzielanie amyloidów jest silnie powiązane z powstawaniem choroby Alzheimera. Angielscy lekarze nie mieli wątpliwości: im więcej główkujesz, tym większe prawdopodobieństwo, że będziesz miał problemy z zapamiętywaniem niektórych rzeczy.

Co na to Jacek Gmoch, który w latach 60. grał na pozycji stopera i - jak sam mówi - w czasie swojej kariery nagłówkował się co niemiara? "Nie mam zaników pamięci, a młodzieniaszkiem nie jestem. W Polsce byłem prekursorem angielskiego stylu gry, wyrabiałem sobie mięśnie, o których się mówiło, że się przydają, ale chyba tylko na jazdę konną. Jasne, że uderzałem piłkę głową, wielokrotnie w trakcie meczu, ale żebym miał później jakieś urazy mózgu? Co to, to nie" - bagatelizuje sprawę Gmoch.

Tysiące główek na sezon

Szacuje się, że piłkarz przeciętnie w trakcie sezonu "główkuje" 800 razy, lecz w przypadku niektórych obrońców liczba ta wzrasta do dwóch tysięcy. W 1998 roku przebadano 53 zawodowych holenderskich piłkarzy. 45 proc. z nich miało jakiś uraz mózgu. "Porównaliśmy wyniki badań piłkarzy z wynikami badań pływaków i lekkoatletów. Piłkarze mieli poważne problemy z zapamiętywaniem i percepcją. Dla mnie nie ma wątpliwości, że to rezultat permanentnego uderzania piłki głową" - powiedział dr Eric Matser.

Zgadzają się z tym norwescy lekarze, którzy przebadali 33 byłych reprezentantów swojego kraju. Okazało się, że ponad jedna trzecia z nich ma nie tylko regularnie powtarzające się zawroty głowy, poważne problemy z zapamiętywaniem, ale także z rozwiązaniem prostych testów na inteligencję. Podobne badania zrobili Amerykanie. Efekt? Procent poszkodowanych wzrasta do 80! Dziennik "USA Today" napisał: "Piłkarze, którzy główkują w meczu 10 lub więcej razy, mają średnią IQ 103. Natomiast ci gracze, którzy główkują tylko raz, albo wcale, mają IQ około 112".

Zaskakująca jest niewiedza na ten temat. "Szczerze mówiąc nie znam tematu" - powiedział DZIENNIKOWI prof. Ryszard Grucza z Instytutu Sportu. "Czy notoryczne <główkowanie> może powodować poważne urazy mózgu? Nie sądzę" - dodał.

"To dla mnie szok, nie wiem co o tym myśleć" - stwierdził Antoni Szymanowski, który kiedyś grał jako obrońca, a teraz zajmuje się szkoleniem piłkarzy. "Zawroty głowy to ja mam, ale gdy dzień wcześniej wypiję za dużo alkoholu. Problemy z pamięcią? Podobno od jedzenia mięsa można dostać sklerozy. Piłka nie jest kamieniem i nie wiem w jaki sposób może czynić spustoszenie w mózgu. Moi podopieczni nie skarżą się na żadne dolegliwości…

Prawie jak bokserzy

Dla niedowiarków przypomnijmy jeszcze o raporcie amerykańskiego Komitetu Medycyny Sportowej. Wynika z niego, że urazy mózgu wśród zawodowych piłkarzy (w większości obrońców) są jedynie w 10 proc. mniejsze od tych, jakie doznają bokserzy wagi lekkiej. Pod wpływem tych badań Angielska Federacja Piłkarska przeznaczyła 116 tys. funtów na dziesięcioletni program badający zależność między uderzaniem piłki głową a powstawaniem urazów mózgu. Wkrótce tą kwestią ma się zająć dokładnie UEFA.

"Nasz problem polega na tym, że w Polsce takich badań się nie prowadzi" - mówi Gmoch. "Kiedyś tak oberwałem w tył głowy, że straciłem pamięć na parę godzin. Ale nikt takim czymś się nie przejmował, piłkarze nie badali stanu swojego mózgu i dalej nie badają. Kto wie, w jakim stanie za kilka lat będą Cech czy Terry... Żebyśmy wszyscy mieli spokojne głowy, chyba należałoby wprowadzić ochronne kaski, umożliwiające <główkowanie>, ale najpierw trzeba przeprowadzić serię odpowiednich badań i testów. Kaski problemu jednak nie rozwiązują. Szacunek dla przeciwnika, ostrożność, bezwzględne kary dla faulujących - oto co najważniejsze" - tłumaczy.

Czy więc piłka nożna przyszłości to zawodnicy w strojach niemal hokejowych lub tych przypominających futbol, ale amerykański?

Daniel Rupiński

imerr - 2009-06-03, 14:57

Stec o Milan Labie, fragment:
Cytat:
Komputerowy system wsparty sztuczną inteligencją monitoruje każdy milimetr sześcienny organizmu piłkarza - prześwietla każde mięśniowe włókno, każde ścięgno i każdą kość, analizuje przebyte urazy, po czym informuje, co jeść i jak trenować, by wyeliminować ryzyko kontuzji i spadku formy. Czasem wysyła też do tzw. pokoju umysłu, gdzie można odpocząć mentalnie i przygotować się psychicznie do wielkich meczów. To tam relaksuje się właściciel klubu, premier Włoch Silvio Berlusconi.

Przed pierwszym treningiem sezonu jest rutynowo. Ot, każdego gracza czeka nieco bardziej szczegółowa kontrola u dentysty, kinezjologa (bada ruch mięśni), podologa (stopy), testy na alergię, elastyczność stawów kolanowych, trochę męczarni z fizjoterapeutą. A potem gęsty całoroczny grafik. Co dwa tygodnie: test PSI na odporność psychiczną, test ruchu gałki ocznej (czas reakcji, wyczucie przestrzeni, rozpoznawanie kolorów), reakcja mięśnia na stymulację nerwową, badanie błędnika. Co cztery tygodnie: testy na zwinność, skoczność, mięśnie brzucha, podnoszenie ciężarów, podciąganie na drążku, 12- oraz 30-metrowy sprint.

Każdy piłkarz ma elektroniczny klucz z całą prawdą o jego organizmie. Na siłowni wkłada go do każdego urządzenia, po zajęciach spec od przygotowania atletycznego wsuwa klucz do komputera. Jeśli mięsień rozbłyśnie na ekranie w kolorze zielonym, znaczy, że gracz spełnił wszystkie wytyczne programu.

Takiego reżimu nie muszą znosić piłkarze innych klubów. Gwiazdy Milanu mają rozpisane nawet wakacje - z dokładnością do plasterka wędliny, który powinni zjeść na śniadanie. Zjedzą jeden za dużo, zostaną zdemaskowani.

http://rafalstec.blox.pl/2009/06/Aniol.html

Pred - 2010-02-15, 18:22

Odswieżam temat, aby zapytać co sądzicie o zmianie w piłce nożnej dotyczącej czasu gry. Wiadomo mecz trwa 90 minut + to co doliczy sędzia. Z tych 90 minut czas efektywny to jakiś 50-60% i tak się zastanawiam, czy nie możnaby skrócić czasu meczu, ale zatrzymywać czas podczas przerw gdy piłkarze umierają na boisku, bramkarze zwlekają z wybijaniem piątki itp itd, słowem zawsze gdy piłka jest poza grą
imerr - 2010-02-15, 19:49

W Cafe Futbol Listkiewicz ciekawe rzeczy mówił o podobnej sprawie.
Jest propozycja, by opatrywano piłkarzy na boisku, by nie opłacało się faulować piłkarza po to, by przez minutę, czy dwie grać w 11 na 10, gdy kontuzjowany będzie sprayowany ;) itd.
Natomiast Listkiewicz i Engel zgłosili propozycję, by razem ze sfaulowanym, z boiska schodził faulujący i by wracali na nie razem. W tym czasie gra toczyłaby się 10 na 10 i drużyna zawodnika faulującego nie odnosiłaby korzyści.

memphis - 2010-02-15, 20:01

Z tym opatrywaniem na boisku duża część zawodników będzie mogła powiedzieć "w to mi graj". Ile z tych urazów jest prawdziwych. 1%, 2%? Jeśli zawodnicy będą opatrywani na boisku, lekarze będą przedłużać i zamiast minuty przerwy na wbiegnięcie służb i zniesienie "chorego" na noszach będzie potrzeba 5.
Drugi pomysł lepszy.

Pred - 2010-02-15, 20:30

Kiedyś, zdaje się na MŚ w USA obowiązywał przepis, żeby ciężko rannego od razu zwozić (wózkami golfowymi :D ) poza boisko i tam udzielać pierwszej pomocy/operować - jeśli mnie moja słaba pamięć nie myli po części było to tłumaczone tym, że Amerykanie nie lubią niepotrzebnych przerw w grze. Po jakimś czasie zaprzestano tego.
baixinho - 2010-02-15, 20:48

imerr napisał/a:
Natomiast Listkiewicz i Engel zgłosili propozycję, by razem ze sfaulowanym, z boiska schodził faulujący i by wracali na nie razem. W tym czasie gra toczyłaby się 10 na 10 i drużyna zawodnika faulującego nie odnosiłaby korzyści.


takie pole do naduzyc ze masakra, jeden z glupszych pomyslow ever.

jak juz cos kombinowac z zejsciami to lepiej cos w stylu zolta kartka=5min poza boiskiem. moze przynajmniej troche ograniczy klotnie z sedziami

Kendzior - 2010-02-15, 21:01

Co do grania 10 na 10, to również imho kompletny debilizm - chcesz kogoś zneutralizowac to walisz symulkę a potem odstawiasz scene z szeregowca ryana poza boiskiem, a niczemu winny zawodnik 'faulujący' stoi jak ten frajer...

Generalnie i stopowanie czasu i zapis wideo musialyby zostac wprowadzone razem, bo jedno z drugiego w roznych sytuacjach wynika. Należy się jednak zastanowić jak to ma wyglądac w nizszych klasach rozgrywkowych gdzie ileś tam kamer i ileś tam pomiarów czasu może być kłopotem. Nie mówię juz o anonimowych ludziach ten czas mierzących, którzy również mogliby wałki kręcić. I wydaje mi się, ze UEFA bądź FIFA takich zmian nie wprowadzi przez najbliższe dziesięciolecie, bo wymaga to imho od nich potężnych inwestycji chociażby w sprzęt (ta wiem - to nie zawsze od nich zależy - ale od kolegów kolegów już tak). Może to brzmi jak teoria spiskowa, ale nie widzę powodu dlaczego zapis wideo czy nawet głupia fotokomórka czy inny cwancyg na bramkach jak np w hokeju, nie wszedł do tej pory.

baixinho - 2010-02-15, 23:47

dlaczego kamery razem ze stopowaniem czasu? nie dajmy sie zwariowac, w pilce recznej, hokeju czy koszykowce nie gra sie we wszystkich rozgrywkach z kamerami a jednak czas potrafia zatrzymywac. akurat tutaj wystarczylby zwykly zegar tuz za boiskiem obslugiwany przez technicznego, a w nizszych klasach sedzia glowny moglby sie tym zajmowac informujac powiedzmy co 10min jakims gwizdkiem o tym ze kolejne 10min minelo
to akurat jest w miare realne do zrobienia, ale pytanie czy jest taka potrzeba? bo zmiana dla zmiany jest bezsensowna.

zreszta te wszystkie dywagacje sa takie troche na wyrost. pilka nie ma problemow z ogladalnoscia, z widowiskowoscia, miedzy innymi dzieki barcelonie przyjdzie tez tendencja do wyzszej kultury gry. wszyscy sa szczesliwi wiec po oc kombinowac? zmiany zostawmy na czasy kryzysowe, jak ktos zacznie grac 6-3-1 i mecze beda sie konczyc po 0-0. jedyne co bym wprowadzil od zaraz to dodatkowi sedziowie bo to nie bylaby zadna rewolucja, tylko szczelniejsze egzekwowanie przepisow

Kendzior - 2010-02-16, 06:55

Hmm na pewno przy wprowadzeniu kamer wszelkie przerwy na odtworzenie zapisu znacznie przedłużałyby mecz, więc tu stoper należałoby wprowadzić bezwzględnie, chociażby tylko na momenty gdzie gra zostala przerwana ze wzgledu na zapis. Pisząc wczoraj o tym, że zmiany są wzajemne miałem coś bardzo mądrego na myśli, ale cholera wie co...nie pamietam :/ jak sobie przypomne to napisze
Baqu - 2010-02-16, 14:29

Pred napisał/a:
Kiedyś, zdaje się na MŚ w USA obowiązywał przepis, żeby ciężko rannego od razu zwozić (wózkami golfowymi :D ) poza boisko i tam udzielać pierwszej pomocy/operować - jeśli mnie moja słaba pamięć nie myli po części było to tłumaczone tym, że Amerykanie nie lubią niepotrzebnych przerw w grze. Po jakimś czasie zaprzestano tego.


przecież to obowiązuje do dziś, mocno kontuzjowani zawodnicy są zworzeni lub znoszeni zawsze Pred :-)

@Kendzior - ty juz nie pamietasz jak na mistrzostwach śedziowie techniczny mieli możliwość podglądu obrazu meczu i sygnalizowanie wszystkiego głównym ? prawie w ogóle to nie wpływało na długość spotkania, więc tutaj się z Tobą nie zgadzam.

memphis - 2010-02-16, 17:07

Na żadnych mistrzostwach pod egidą Fifa/Uefa sędziowie nie mieli możliwości obejrzenia powtórki. Jeden sędzia zasugerował się podpowiedzią sędziego technicznego, który widział powtórkę i wzbudziło to wielkie kontrowersje. Cała ta sytuacja nie przedłużyła meczu, bo na boisku trwały przepychanki, a sędzia techniczny w tym czasie kątem oka rzucił na telebim.
Kendzior - 2010-02-16, 18:40

no może jestem sklerotyk, ale rowniez tego nie pamietam

a co do znoszenia z boiska to też się Baqu mylisz, bo najpierw 'pierwsza pomoc' udzielana jest piłkarzowi na boisku, tyle tylko, że wg przepisów w takim przypadku 'musi' on ejsc z boiska, a nie 'moze' jak to było przed wprowadzeniem tej zmiany. Szczerze się rowniez przyznam ze jakos melexy mi sie z USA nie kojarzą i nie pamietam jak to wtedy wygladalo, nie mniej jednak nie jest tak ze znosi sie grajka a pozniej sie go reanimuje. Fajnie by to wygladalo z otwartym zlamaniem.

wracajac do mojej sklerozy to nadal nie pamietam o co mi chodzilo wyzej :lol2:

Baqu - 2010-02-17, 13:31

memphis napisał/a:
Na żadnych mistrzostwach pod egidą Fifa/Uefa sędziowie nie mieli możliwości obejrzenia powtórki. Jeden sędzia zasugerował się podpowiedzią sędziego technicznego, który widział powtórkę i wzbudziło to wielkie kontrowersje. Cała ta sytuacja nie przedłużyła meczu, bo na boisku trwały przepychanki, a sędzia techniczny w tym czasie kątem oka rzucił na telebim.


własnie to miałem na myśli, ale z tego co wiem kilka razy na tych mistrzostwach wlasnie głowny pytal sie technicznego o zdanie, ktory ogladal powtorki i cale sedziowskie gremium bylo z tego zadowolone. to bylo pod egidą fifa gdyż to byly bodajze rozgrywki o mistrzostwo kontynentalne czy jakoś tak :)

@Kendzior - tak faktycznie, ale ile to trwa ? 15s ? :-) wiec w sumie uznałem ze to to samo o czym napisał Pred.

Kendzior - 2010-02-17, 13:35

no wlasnie chodzi o to ze przy grze na czas jakiejsc wloskiej pizdy, np pippo, trwa to nie raz grubo ponad 2minuty...
Kendzior - 2010-05-28, 07:03

Cytat:
UEFA zdecydowała o rozszerzeniu prób z dwoma dodatkowymi sędziami, którzy oceniają wydarzenia w polu karnym. W kolejnym sezonie będą oni pracować również w trakcie meczów piłkarskiej Ligi Mistrzów i eliminacji do mistrzostw Europy w Polsce i na Ukrainie.

W sezonie 2009/10 piątki sędziowskie czuwały nad prawidłowym przebiegiem spotkań w Lidze Europejskiej. W następnym próby będą kontynuowane w tych rozgrywkach oraz flagowym produkcie UEFA - Lidze Mistrzów. Pięciu rozjemców pojawi się również w trakcie spotkania o Superpuchar Europy między Interem Mediolan i Atletico Madryt.

- Eksperyment powiódł się, więc chcemy go kontynuować. Nie da się znaleźć żadnego negatywnego aspektu tych prób. Ci dwaj sędziowie bardzo się przydają, ale system będzie jeszcze ewoluował. Trzeba dopracować sposób poruszania się dodatkowych arbitrów czy miejsce gdzie mają stać - powiedział sekretarz generalny UEFA Gianni Infantino.

W trakcie czwartkowego posiedzenia Komitetu Wykonawczego w Nyonie omawiano również zagadnienia z finansowym fair play, które ma zmusić kluby do niezaciągania kredytów na zakup nowych zawodników. Właściciele drużyn będą mogli pokryć straty tylko do wysokości 45 milionów euro i to przez pierwsze trzy lata - od 2012 do 2015 roku.

- Nowe regulacje zostały zaakceptowane jednomyślnie. Kluby będą musiały mieć zbilansowany budżet. Będą mieć na to trzy lata, a system wejdzie w życie w 2012 roku - wyjaśnił Infantino.

Brak dostosowania się do tych wymogów będzie skutkował wykluczeniem z europejskich rozgrywek. Szczegółowy regulamin ma zostać opublikowany w czerwcu.


źródło wp.pl

Hanki - 2010-05-30, 12:09

Czy eksperyment z tymi dodatkowymi sędziami się powiódł, to bym dyskutował i niech jedna (ok, jednostkowy przykład, ale jak dla mnie najbardziej znaczący i wymowny) sytuacja posłuży tu za komentarz: rewanżowy mecz półfinałowy LE Atletico - Valencia i wiadoma sytuacja w ostatnich minutach w polu karnym, rozerwana koszulka i zero reakcji sędziego. Dziękuję za takie sędziowanie...
Bruce - 2011-07-17, 22:40

Właśnie trwa finał mistrzostw świata kobiet w Niemczech. Obejrzałem kilka meczów (całkiem sporo ładnych piłkarek), gra może nie brutalna, ale często twarda jak u chłopów - nie ma odstawiania nogi, walka o każdą piłkę, wślizgi, faule i ogólnie nie cackają się ze sobą. Cały czas na 100%. Nie zaobserwowałem ANI JEDNEJ symulki, płaczu czy innej ściemy.

Mówienie, że taka Krystyna z Madrytu zachowuje się na boisku jak baba, jest obrazą w stosunku do grających kobitek.

Z pozdrowieniami dla naszych i madryckich płaczków i ściemniaczy.

Schumack - 2011-07-17, 23:34

ten final byl przezajebisty :] amerykanki mimo,ze final ostatecznie przegraly to z nasza meska repra na równi moglyby grac albo i lepiej :D
wakabayashi - 2012-01-09, 16:27
Temat postu: Śmierć Wślizgu
Fajny artykuł przetłumaczył jeden z użytkowników BO. Nie wiedziałem za bardzo do czego to wrzucić, więc pomyślałem, że może wywiąże się dyskusja na nowy temat.

Cytat:
Śmierć wślizgu
9.01.2012r. 13:55 autor: kbones

Popatrz: jeżeli możemy nauczyć słonie gry na harfie, a charty krykieta, to dlaczego nie możemy nauczyć dwóch tuzinów angielskich zawodowców gry w piłkę?


Tak pytał austriacki dziennikarz sportowy Willy Meisl w 1955 roku. Jego gniew był sprowokowany kretyńsko upartym twierdzeniem angielskiej piłki, po porażkach 6-3 i 7-1 z Węgrami, że unikną dalszych upokorzeń, jeśli będą pamiętać o "nieodstawianiu nogi".

Willy - młodszy brat Hugo, managera austriackiego Wunderteamu lat '30 - uciekł przed hitlerowcami do Londynu, gdzie został inteligentnym, zapalonym, acz przerażonym analitykiem brytyjskiej piłki. Dla Meisla 3-6 z Węgrami było historią nieuchronnej porażki. Przed meczem szowinistyczna brytyjska prasa deklarowała (w nagłówkach aż proszących się o pompatyczne odczytywanie niczym wieści z frontu wojennego): "Sztuczki Węgrów nie pokonają Anglii", "Ostra walka drogą ku zwycięstwu" czy "Nieustępliwe wejścia wstrząsną Węgrami". Ta "igno-arogancja", jak nazwał to Meisl, zakończyła się spektakularnym fiaskiem. Oszołomiony kapitan Anglii Billy Wright uskarżał się później: "Atakowałem powietrze".

Długa, powolna śmierć wślizgu zaczęła się od tego katastrofalnego wyniku 25 listopada 1953 roku. Brytyjskiej piłce zajęło to raptem pół wieku. Nawet dziś na wielu brytyjskich boiskach słyszy się echa okrzyków, które rozwścieczały Meisla: "Wchodź ostro!"; "Wślizgiem, wślizgiem!"

Medialna histeria w reakcji na czerwoną kartkę Jaya Spearinga z Liverpoolu w grudniowym meczu z Fulhamem zdradziła, jak mało się zmieniło do tej pory. Tradycjonaliści stękali, że tego typu akcje stanowią o "marce" Premier League, podczas gdy nieunikniony chór byłych boiskowych twardzieli narzekał, że "futbol niedługo stanie się sportem bezkontaktowym".

Ci twardziele niestety zapomnieli - jeżeli kiedykolwiek w ogóle wiedzieli - że to protest części graczy przeciwko brutalnemu "koszeniu" spowodował oddzielenie futbolu od rugby. W 1983 angielska Football Association jednoznacznie oznajmiła w Prawie 10: "Ani podstawianie nogi, ani koszenie nie będzie dozwolone". Idea uczynienia piłki nożnej sportem bezkontaktowym była zapoczątkowana przez brytyjskich założycieli - nie urzędnika FIFA.

Były sędzia Graham Poll argumentował, że to, czy Spearing dotknął piłki było nieistotne: główną kwestią dla sędziego tamtego spotkania w świetle przepisów było to, czy numer 20 Liverpoolu lekkomyślnie stworzył zagrożenie dla innego gracza. Kiedy ustalił, że Spearing zaryzykował zdrowie Moussy Dembele, musiał usunąć go z boiska za poważny faul.

Wejście Spearinga idealnie obrazuje, dlaczego wślizg nie jest już główną sztuką obronną. Przed powstaniem tak płynnych kolektywów jak Węgry lat '50 czy Ajax '70 - i rozpowszechnieniem krycia strefowego w '90 - mecze w gruncie rzeczy stawiały graczy naprzeciw siebie w serii pojedynków. Ogółem, jeżeli pokonałeś obrońcę, tworzyłeś przed sobą przestrzeń na wyprowadzenie ataku. Pomocnicy i obrońcy byli więc odpowiedzialni za to, by przeciwnik nie wykonał podania. Najefektywniejszą metodą, by to zapewnić, był wślizg.

Badania przeprowadzone przez G. Gerisha i M. Reichelta na pierwszym meczu półfinału Pucharu Europy 1991 roku między Bayernem Monachium a Crveną Zvezdą Belgrad ukazały, jak kluczowe mogą być te pojedynki. Crvena Zvezda wyrównała do 1-1, kiedy pomocnik Bayernu Manfred Bender był źle ustawiony. Przed tą bramką Bender stanął do 18 pojedynków w ciągu 25 minut. W całym meczu wygrał tylko 29 procent z nich, podczas gdy Robert Prosinecki dokonał tego w 59 procentach przypadków i to on cieszył się z wygranej 2-1 po końcowym gwizdku w Monachium.

W dawnych czasach wślizg był testem techniki i chartu ducha. Dla samozwańczych twardzieli wychowanych w tradycji legendy lat '30, Wilfa Coppinga, mocne wejście na początku meczu było idealną drogą sprawdzenia czy przeciwnik jest, jak ujął to Ron "Drwal" Harris z Chelsea, "trochę miękki". W finale FA Cup 1998 roku, Vinnie Jones potraktował Steve'a McMahona niebezpiecznym wślizgiem od tyłu przed upływem pięciu minut gry, stwierdzając później: "Pokaż od razu największemu z nich, gdzie jego miejsce, a wygrałeś."

Ta sama mentalność kierowała portugalskim obrońcą Joao Moraisem, gdy wykopywał Pele z Mistrzostw Świata 1966, Claudio Gentile, gdy faulował Diego Maradonę 23 razy w jednym meczu mundialu 1982, i reprezentacją Kamerunu, gdy odgrywała swój niesławny potrójny szturm na Claudio Cannigię w turnieju Italia '90, kiedy trzech graczy kolejno go faulowało, aż Argentyńczyk zakończył swój rajd przyjąwszy na twarz kolano Benjamina Massinga. Osiem lat później, po refleksji wywołanej przedwczesnym, wymuszonym kontuzjami odejściem na emeryturę 28-letniego Marco van Bastena, FIFA zakazała wślizgu od tyłu. Był to punkt zwrotny, który zasygnalizował ostateczną marginalizację ostrych wejść.

Powszechny widok w Premier League, ale nie każdy piłkarz jest z tego dumny

Jakby się zastanowić, wślizg ma sześć możliwych wyników - i tylko jeden z nich jest naprawdę korzystny dla drużyny bez piłki. Najlepszy rezultat to czysty odbiór piłki i jej utrzymanie przez obrońcę. Lecz równie prawdopodobne jest chybienie przeciwnika i piłki, wybicie jej na aut, odebranie jej jednemu przeciwnikowi, tylko by przejął ją inny, oddanie rzutu wolnego lub wywołanie czy odniesienie kontuzji. Bob Paisley, który nauczył Liverpool cierpliwej gry od linii obrony tak skutecznie, że wygrali trzy Puchary Europy, powiedział kiedyś: "Nie ma po co walczyć o piłkę, jeżeli i tak kończysz na plecach."

Zakaz gry wślizgiem od tyłu i kolejne zapewnienia FIFA o karaniu niebezpiecznych zachowań sprawiły, że wślizg teraz z dużo większym prawdopodobieństwem może zostać uznany za faul. Sprawdzanie, czy przeciwnik jest trochę miękki, według Rio Ferdinanda nie wchodzi w rachubę: "Nie można już tego robić. Musisz być bardzo ostrożny - teraz to prawie gra bezkontaktowa."

Taktyka uczyniła wślizg mniej istotnym. Nie możesz go wykonać, jeżeli przeciwnik i piłka nie są w stosunkowo małej odległości od siebie. Giovanni Trapattoni udowodnił to w Milanie i reprezentacji Włoch lat '60, definiując rolę francobollatore (określenie gracza, który trzymał się przeciwnika niczym znaczek pocztowy). Trapattoni był przesiąknięty tradycją obrony, która uznawała utrzymywanie się na nogach za najwyższą wartość; tego modelu chwalebnie trzymali się Franco Baresi, Paolo Maldini i Alessandro Nesta.

Paolo Maldini - mistrz trzymania się w pionie

Gracze jak Franz Beckenbauer czy Bobby Moore udowodnili, że czytanie gry może być tak samo pożyteczne, jak perfekcyjny wślizg. Jednak wielu angielskich trenerów nadal uczyło, jak gdyby nie było to prawdą. Ferdinand mówi: "Kiedy byłem dzieciakiem, miałem trenera który mówił, że jeżeli moje spodenki nie były brudne po meczu, widocznie nie grałem dobrze. Moim zdaniem jest zupełnie odwrotnie. Ja chcę zejść z boiska z czystymi spodenkami - tak ocenia się jakość obrońcy."

"Przechwyty są dużo bardziej efektywne niż wślizgi. Nie są tak widowiskowe, więc często przechodzą bez echa. Michael Carrick bardzo rzadko ucieka się do wślizgu czy wdaje się w pojedynek siłowy. Spada na niego przez to trochę krytyki. Lecz jego statystyki przechwytów są nie z tej ziemi." Rzeczywiście, Carrick wykonał 48 przechwytów w ostatnim sezonie Champions League, wynik wyrównany jedynie przez Benedikta Howedesa z Schalke.

Prędkość poruszania się piłkarzy i ich myśli pokazana przez Węgrów w latach '50, Ajax i Brazylię w '70, Milan w '90 i Barcelonę dziś oznacza, że żaden obrońca nie triumfuje, jeżeli nie będzie mógł przewidzieć niebezpieczeństwa - i zdławić go. Z tak wieloma podaniami, wykonywanymi z taką prędkością, będzie to częściej osiągalne przez przechwyty, nie wślizgi. Armin Veh, który wygrał Bundesligę jako trener Stuttgartu, jest często błędnie cytowany: "Dobry gracz nie gra wślizgiem". Właściwie miał na myśli, że dobry gracz - jak Maldini, który podobno zaliczał średnio wślizg na dwa mecze - nie powinien potrzebować grać wślizgiem.

Dawny szef Maldiniego, Arrigo Sacchi, wyjaśnił jak wyrafinowana stała się praca obrońcy opisując podejście Milanu: "W fazie obronnej, nasi piłkarze mieli cztery punkty odniesienia: piłkę, przestrzeń, przeciwnika i kolegów z drużyny. Każdy ruch musiał być funkcją tych czterech punktów odniesienia. Każdy piłkarz musiał zdecydować, które z punktów odniesienia powinny wpływać na jego ruchy."

To obrońcy, których Ferdinand podziwia. "Niektórzy gracze wiedzą, gdzie się ustawić - piłka sprawia wrażenie przyciąganej przez nich jak przez magnes. Nesta, Baresi, Frank Rijkaard i Ronald Koeman byli wielcy, ponieważ wyczuwali niebezpieczeństwo, zanim nadeszło i byli krok przed nim. Nie zrozum mnie źle: świetnie jest zobaczyć kogoś, kto przebije się głową przez mur by wybić piłkę, lecz potrzebna jest równowaga. Obserwowanie, jak ktoś przerywa atak znajdując się we właściwym miejscu we właściwym czasie daje mi tyle samo przyjemności, co genialna sztuczka techniczna."

Nowoczesna gra obronna polega na odbieraniu przestrzeni i tworzeniu przewagi liczebnej. Krycie indywidualne i strefowe zostało zastąpione "obroną zorientowaną na piłce". Blok defensywny nieustannie przesuwa się w kierunku piłki: atakujący ma mało przestrzeni, i dwóch-trzech obrońców, przed sobą. Zadaniem bloku defensywnego jest zmuszenie atakującego do próby sięgnięcia niekrytego, lecz oddalonego kolegi ryzykownym zagraniem - przeważnie długim podaniem lub dryblingiem - co doprowadzi do utraty piłki. Nawet jeżeli atakujący szarżuje na blok defensywny, dominującym trendem jest zmuszenie go do używania swojej słabszej stopy, zepchnięcie na skrzydło lub po prostu dotrzymanie kroku, zanim dodatkowy obrońca nadejdzie z pomocą.

Ten system prawdopodobnie tłumaczy, dlaczego jest więcej przechwytów, a mniej wślizgów. Statystyki są różne, jak pokazują dwie porażki Manchesteru United z tego sezonu - w derby Manchesteru było 37 przechwytów i 25 wślizgów, w 2-1 z Bazyleą 49 wślizgów i 38 przechwytów - lecz tendencja jest wyraźna. Natchniona kampania Urugwaju na mundialu 2010 na pewno zawdzięczała coś trójce piłkarzy, która zajmowała podium w turniejowej statystyce przechwytów.

A więc czy znaczy to, że wślizg jest całkowicie martwy? Nawet Xabi Alonso nie posuwa się tak daleko, mówiąc: "Wślizg to ostateczność. Będziesz go potrzebował, lecz nie aspirujesz do tego." Rzeczywiście, kiedy Hiszpania wygrała Mistrzostwa Świata, Alonso wykonał więcej wślizgów (20) niż przechwytów (18). I ktokolwiek widział majestatyczny wślizg Nesty na Lionelu Messim w Lidze Mistrzów tego sezonu, ten wie, że czasem wślizg jest konieczną, acz piękną, ostatecznością.

Z drugiej strony, jak mówi Ferdinand: "Dla mnie, jeżeli musisz rzucić się do wślizgu, byłeś źle ustawiony, albo nie przeczytałeś gry wystarczająco dobrze w poprzedzających tą chwilę sekundach. Desperackie wślizgi to często poprawianie błędów."

Meisl pewnie by się zgodził. Jego ulubiony aforyzm brzmiał: "Angielski futbol niczego się nie nauczył, a wiele zapomniał". Prawie 60 lat po kompromitacji przeciwko Węgrom, angielscy obrońcy wciąż uczą się, że gra obronna polega na czymś więcej niż tylko ostrej walce. Szkoda, że słonie narodu zapomniały, jak grać na harfie.
FourFourTwo UK, luty 2012

chaos - 2012-07-18, 21:47

http://rafalstec.blox.pl/...re-futbolu.html

Ciekawa dyskusja w komentarzach, ale sam artykuł zwraca uwagę na to, co niestety nieuniknione - piłka nożna zmierza w kierunku, które może przynieść bezprecedensowe skutki.

Niby te pośledniejsze drużyny wyciągają graczy wiekowych, ale jednak są to znaczące nazwiska. Czy taki Nilmar i Ruben nie mogliby osiągnąć jeszcze czegoś w La Liga? A może mają po prostu słabych agentów?

Nie wiem, czy można pisać o nowej erze futbolu, bo migracje znanych zawodników do nieznanych klubów na ciepłe emeryturki mają miejsce od dosyć dawna, ale intensyfikacja i ekspansja terytorialna tych 'przejęć' wchodzą na coraz to wyższe poziomy i kto wie, ile czasu potrzeba by piramida europejskiej, a może i światowej, piłki klubowej stanęła na głowie?

Jak to widzicie? Czy te 'obawy' są uzasadnione i czy w ogóle te zjawiska są negatywne, szkodliwe dla piłki czy raczej otwierają nowe możliwości?

Mentor - 2012-07-19, 10:15

http://www.radiobrazylia.pl/zle-psg-i-dobra-barca/
chaos - 2012-07-19, 11:05

Trudno nie zgodzić się ze stanem rzeczy, ale pytanie: ile to jeszcze ma wspólnego ze sportem?
Jerry P - 2012-07-19, 11:14

pozniej wszyscy niczym Wojciechowski powiedza Sprawdzam ;) i zaczna sie placze. Kto zabroni szejkowi przeniesc swoj klub w inne miejsce
gregori - 2012-07-19, 12:46

Nie wiem skąd to marudzenie, przecież tak było zawsze. Były kluby z własnymi wychowankami, ale większość opierała się na najemnikach. Ilu było wychowanków w wielkim Milanie z przełomu lat 80/90? Panowie z wielką kasą to też nic nowego, wystarczy wspomnieć dwa nazwiska Tapie i Berlusconi. Nowością jest pochodzenie tych panów, teraz to Rosjanie i Arabowie, ale co to za różnica? Liczę, że ten bogaty Rosjanin kupi Lechię i zaszalejemy w słabej polskiej lidze, ale pewnie skończy się na niczym. PSG to nie jakiś klub z Marsa, ale klub ze stolicy europejskiej potęgi. Słabość francuskiej ligi zawsze była dla mnie niespodzianką, przecież potencjał gospodarczy Hiszpanii i Francji nie daje się porównać, a w tej pierwszej są dwa wielkie kluby i kilka bardzo dobrych.

Emerytury dla piłkarzy w dziwnych ligach to też zadna nowość. W latach 70 był Cosmos, gdzie zarabiali Pele, Beckenbauer i inni. Teraz są to różne dziwne ligi w krajach roponośnych. Poza Etoo, wszyscy wybierają się tam pod sam koniec kariery. Ma to tylko dobre skutki, bo robią miejsce dla młodszych.

Przenoszenie klubów z miasta do miasta pojawiło się w Polsce już w latach 90, a w NBA i NHL jest normalne. W Europie dotyczy to trzeciej ligi europejskiej piłki i nie ma żadnego znaczenia.

chaos - 2012-07-19, 14:43

gregori, nie chodzi o samo występowanie zjawiska, ale o jego skalę w ostatnich latach. Gdzie to doprowadzi? Jarzysz?

a propos Lechii - ciekawe jak prawoskrętni z trybun na PGE zreagują, kiedy przejęcie Lechii przez Ruska dojdzie do skutku, hehe :D

gregori - 2012-07-19, 14:53

Gdzie to doprowadzi? Tam, gdzie do tej pory. Nowoczesna piłka to głownie duży biznes. Największe kluby są jak wielkie międzynarodowe korporację, nawet jeśli na podstawowym poziomie wciska się jakieś bajki o wypadku MU w latach 50, o wolnej Katalonii itp. To wszystko będzie iść w stronę NBA i NHL, gdzie nikt nie ukrywa, że chodzi tylko i wyłącznie o kasę.
chaos - 2012-07-19, 14:58

Obyś nie miał racji, bo wtedy na pewno przestanę to oglądać...
away - 2012-07-19, 15:10

dramatyzujecie. im wieksze pieniadze tym lepszy poziom sportowy. kryzys na swiecie, a w swiecie pilki sielanka :D i to wlasnie pracuje na rozwoj tej dyscypliny. pilkarze sa coraz lepsi, poziom taktyczny sie podnosi - wszystko dzieki $$$
chaos - 2012-07-19, 15:40

away napisał/a:
pilkarze sa coraz lepsi, poziom taktyczny sie podnosi - wszystko dzieki $$$


Idąc tym tokiem myslenia, to wszystko sie polepsza dzięki $$$. Żaden to wniosek.

Ja bym raczej stawiał na postęp technologiczny, który umożliwia bardziej zaawansowany trening, monitorowanie organizmu piłkarzy oraz daje możliwość bardziej zaawansowanej analizy taktycznej.

Kryzys na świecie dotknął przeważnie najbiedniejszych, bo jego skutki zostały zepchnięte i rozproszone na zwykłych ludzi. W piłce jest to samo - główne firmy mają się mniej więcej dobrze, a mniejsze znajdują się w coraz gorszej sytuacji (najbardziej jaskrawy przykład Glasgow Rangers). Sielanka jest więc wśród szejków, którzy to głównie budują teraz ekipy w Europie.

Wit Ż. - 2012-07-19, 15:47

Tylko że postęp dokonuje się dzięki $$$ ;)
chaos - 2012-07-19, 15:50

Cytat:
Idąc tym tokiem myslenia, to wszystko sie polepsza dzięki $$$. Żaden to wniosek.


:)

Mefju - 2012-07-19, 15:52

Witowi chyba chodziło, że postęp technologiczny (na który Ty stawiasz), też dokonuje się dzięki tym potępianym przez Ciebie pieniądzom :)
Wit Ż. - 2012-07-19, 15:59

Dokładnie o to mi chodziło. :)
Chyba nie zaprzeczych chaos, że czasy gdy różnej maści Edisony, Marconi i inni swoje wynalazki tworzyli w garażu dawno minęły, a na rozwój technologiczny idą teraz grube biliony $$$

gregori - 2012-07-19, 16:11

chaos napisał/a:
Obyś nie miał racji, bo wtedy na pewno przestanę to oglądać...


Już powinieneś, albo ograniczyć się do St.Pauli, na tym poziomie pewien romantyzm dawnej piłki jeszcze został.

pawlodar_10 - 2012-07-19, 16:26

W ogóle piłka wyglądała inaczej te 8-10 lat temu... Jak sobie obejrzałem, w sumie przez przypadek, mecz LM United - Real ze słynnym hattrickiem Ronaldo (oryginalnego rzecz jasna) to było coś. Piłkarze robili to co kochali, a teraz? Pokolenie Puyola, Del Piero, czy Raula odchodzi w zapomnienie a w zamian mamy gwiazdeczki pokroju Neymara i szejków rządzących futbolem. Smutne trochę.
chaos - 2012-07-20, 08:31

gregori napisał/a:
chaos napisał/a:
Obyś nie miał racji, bo wtedy na pewno przestanę to oglądać...


Już powinieneś, albo ograniczyć się do St.Pauli, na tym poziomie pewien romantyzm dawnej piłki jeszcze został.


Barcelona jeszcze mi ten romantyzm daje :) A St.Pauli z trybun to pełen romantyzm. Tak jak Rayo ;)

Postęp, owszem, dokonuje się dzięki kasie, ale hipotetyczna sytuacja:
dany szejk ma obecnie ma forsy jak ziarenek piasku na pustyni, więc niech zainwestuje w technologie, żeby stworzyć takich piłkarzy, którzy nie będą odczuwać zmęczenia przez 90 min :D

Jest $$$, ale się nie da, więc forsa wszystkiego nie umożliwia :P

Mefju - 2012-07-20, 09:18

z Bilbao też nutka romantyzmu powiewa ;)
chaos - 2012-07-20, 09:57

Zgadza się. Jest kilka ekip, które trzymają się jakiś zasad, mają jakiś rozpoznawalny styl, a nie są tylko firmami sportowymi.
Taki romantyzm w piłce to zdecydowanie coś, co bym chciał oglądać.

My, Polacy, mamy opinię romantyków, jak to ładnie ujął kiedyś gen. Sikorski ;)

mikaelus - 2012-07-20, 12:52

Ja już bym tak bardzo nie przesadzał. Zgadzam się z tym tekstem na Radio Brazylia - zawsze byli inwestorzy, tylko dziś zmienia się ich narodowość. Nie widzę w tym nic złego. Wielu się zresztą już przejechało na tym, sądząc że to kasa gwarantuje wyniki. W Chelsea trzon zespołu stanowili ci sami zawodnicy od lat, a najemnicy przychodzący za wielką kasę nieraz zawodzili - wystarczy wspomnieć Szewczenkę czy Torresa. Real zmielił w ostatnich 10 latach tyle kasy, że to się w głowie nie mieści, a i tak zostali w tyle za Barceloną i zbierali bęcki od Lyonów i innych w LM. ManCity niby wygrał ligę, ale w jakich warunkach? Rzutem na taśmę. A wcześniej oberwali jeszcze w Lidze Europy.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nikomu jeszcze nie udało się zbudować wielkiej, dominującej drużyny tylko skupując do niej największe gwiazdy. Najbardziej znany projekt - Galacticos - skończył się właściwie porażką - dwukrotne zwycięstwo w lidze i raz w LM to trochę mało jak na te miliony. A do tego doszły bardzo suche lata, w czasie których galaktyczni się właściwie powoli rozpadali, bez żadnych sukcesów.

No a samo PSG też już dostało nauczkę - maleńki klub z Montpellier utarł szejkom nosa. Wcale tak łatwo im nie będzie.

gregori - 2012-07-20, 14:46

Jak się komuś wydaje, że kiedyś było tak romantycznie to nie ma racji. Najnudniejszy mundial w historii to Włochy 1990, najmniej bramek w historii, gra bardzo defensywna.

Stawianie zacieżnej armii Pereza z poczatku XXI wieku za przykład romantyzmu, jest bardzo zabawne. Czym on się różnił od szejka? Może tylko tym, że szejk zarabia na ropie, a Perez na betonie. Wtedy był to złoty interes, a teraz z tego powodu Hiszpania ma wielkie problemu. Prawie cały ich wzrost gospodarczy to "betonowa bańka", która właśnie pęka.

Mentor - 2012-08-23, 14:09

http://rafalstec.blox.pl/...bol-w-raju.html

Mnie zainteresował konkretnie ten fragment:

Cytat:
Nie blogowałbym o kolejnym agresywnym kapitaliście, który jeszcze napędzi i tak już rozszalałą inflację w futbolu, gdyby nie wybrane przez niego miejsce. Książę Albert II panuje w mikroskopijnym powierzchniowo raju dla obrzydliwie bogatych - z najwyższą w świecie, sięgającą 90 lat spodziewaną długością życia, z najniższą stopą bezrobocia (okrągłe zero), z największym odsetkiem milionerów i miliarderów. Nade wszystko jednak w Monaco nie płaci się podatków. Osoby fizyczne nie płacą ich wcale, firmy płacą - drobne - tylko wtedy, jeśli sporą część zysków wypracowują za granicą.

Przywileje nie obejmują Francuzów, ale któż wznosi futbolową potęgę na Francuzach? W podstawowej jedenastce Paris Saint Germain zaraz nie zmieści się ani jeden, trenerzy i dyrektorzy też zostali importowani.

Klub operujący w raju podatkowym może zyskać niezwykłą przewagę nad konkurencją. Zwłaszcza nad konkurencją francuską. Tamtejsze firmy futbolowe od dawna toczą nierówną walkę z Anglikami, Hiszpanami, Niemcami czy Włochami, bowiem przyduszają ich obciążenia fiskalne. Wkrótce być może jeszcze dotkliwsze - jeśli prezydent Francois Hollande przeforsuje obłożenie milionerów 75-procentowym podatkiem, to trzyletnie utrzymanie zarabiającego 14 mln za sezon Zlatana Ibrahimovicia będzie szejków PSG kosztowało, wliczając wszystkie składki, 237 mln euro. A to ledwie jeden gracz...

Wyjąwszy bezgotówkowe transfery młodzieży, po przybyciu Rybołowlewa Monaco zatrudniło: Argentyńczyka, dwóch Greków, dwóch Włochów, Urugwajczyka, Szweda, Kongijczyka, Duńczyka, Chorwata, Niemca, Węgra, Holendra i Marokańczyka. Przypadek, że wyłącznie obcokrajowców?

chaos - 2013-03-09, 14:25

Jeśli nie ten temat, to przenieście.

http://wiadomosci.gazeta....pilkarskim.html

Wojna futbolowa ciągle żywa :|

chaos - 2013-05-22, 08:51

http://www.sport.pl/pilka...roku_kilku.html

Ciekawe, ile takich afer będzie wychodzić po latach.

wakabayashi - 2013-05-22, 12:21

oczywiscie doping to zenada, ale jednak nie wystarczylo im to na pokonanie ajaxu w reglaminowym czasie gry i doszlo do karnych, a wrzutach karnych doping nie mial juz nic do rzeczy i gdyby zawodnicy ajaxu potrafili je lepiej wykorzystywac, to pewnie nawet nikt by nie dochodzil prawdy.
Voyteck - 2013-05-22, 12:22

Chyba, że do karnych by nie doszło, a Ajax bezprecedensowo obroniłby Ligę Mistrzów ;)
Cszysu - 2013-05-22, 12:29

wakabayashi napisał/a:
i gdyby zawodnicy ajaxu potrafili je lepiej wykorzystywac, to pewnie nawet nikt by nie dochodzil prawdy.


Niemniej istnieje pewne prawdopodobieństwo, że gdyby nie doping, to Ajax poradziłby sobie w ciągu tych 90 czy 120 minut. Zakładając, że doping faktycznie dotyczył piłkarzy Juve. Bo głośno było o dopingu w Barcelonie 2010/2011 i to się okazało oskarżeniami bez pokrycia.
Ciekawe ile prawdy jest w słowach Zarzecznego:
Cytat:
Wszyscy się zastanawiają skąd tak gigantyczny sukces piłki niemieckiej, te cztery gole przeciw Realowi i Barcelonie. Otóż moim zdaniem – Niemcy wymyślili lepsze tabletki. Taki zmierzch doktora Fuentesa… Nie uwierzę, że można ganiać sto metrów tam i z powrotem, przez półtorej godziny, i nawet nie zwymiotować. Nawet pod boki się nie złapać. Przy okazji trzeba dobrze grać, oczywiste. Jak Ben Johnson musiał też umieć biegać, Katrin Krabbe, Marion Jones, dopiszcie sobie sto tysięcy nazwisk.


Nie chodzi mi o samo 0,7, tylko o wyjaśnienie kwestii - dlaczego drużyna X jest przez kilka lat najlepsza i w pewnym momencie drużyna Y staje się lepsza od drużyny X i czy rolę odgrywają tutaj wątki wyłącznie psychologiczne i czysto sportowe.

wakabayashi - 2013-05-22, 13:02

tak wiem, ale gdyby jednak karne wygrali, to pomimo, ze meczu nie daliby rady wygrac w rgulaminowym czasie gry sprawa by sie pewnie nawet nie zajeli.
oczywiscie dobrze, ze suma sumarm to wychodzi na wierzch i moze jakies konsekwencje z tego wyciagna, jesli okaze sie to prawda.

chaos - 2013-05-22, 13:10

Raczej na przyszłość, bo raczej tamtego meczu nie anulują i Ajax nie zdobędzie kolejnego trofeum.

Fatalnie będą czuli się ówcześni gracze Ajaksu, jeśli te rewelacje zostaną potwierdzone... A ja tak byłem za Ajaxem wtedy ;)

gelex - 2013-05-22, 14:59

Ale prawo wstecz nie działa... dowodzenie teraz, że 20 lat temu ktoś był na dopingu jest oczywiście porażką systemu weryfikacji. Ale jest też zupełnie bezcelowe jak dla mnie.

Zamiast bić pianę nad tym co miało miejsce w ubiegłym tysiącleciu, trzeba zakasać rękawy i zadbać o to, by za kolejnych 20 lat nikt nie zastanawiał się nad tym, czy Barca 6 pucharów była na prochach.

Same oskarżenia, jak te wysunięte w stronę piłki niemieckiej, uważam za żenujące. To taka propaganda pokonanych. Rozmawiajmy o dowodach, a nie o tym, że kiedyś tam ktoś powiedział, że pewnie brali, ale zabrakło mu dowodów.

Voyteck - 2013-05-22, 16:02

gelex napisał/a:
Ale prawo wstecz nie działa... dowodzenie teraz, że 20 lat temu ktoś był na dopingu jest oczywiście porażką systemu weryfikacji. Ale jest też zupełnie bezcelowe jak dla mnie.


W tym wypadku to nie jest kwestia wstecznego (nie)działania prawa, bo już wówczas doping nie był dozwolony. Działanie wstecz byłoby, gdyby jakaś substancja, która wówczas była legalna, teraz zostałaby zakazana, a zespoły, które używały jej w przeszłości zostały za zdyskwalifikowane.

W tym przypadku mówimy raczej o przedawnieniu. I zgadzam się, że wyciąganie teraz konsekwencji wobec Juve, byłoby śmieszne.

Jerry P - 2013-05-22, 20:10

komć z onetu napisał/a:
U nas w PRL w styczniu 1989 roku pewien dzialacz PZPN ktorego nazwisko wszyscy znaja wyszedl z nastepujacym pomyslem na reforme polskiej pilki. Znalazl prosty sposob ktory by zapewnil polskiej pilce przyzwoity poziom a takze moglby stac sie rewolucyjny na cala Europe czy swiat.
Chodzi o punktacje. Jest ona nastepujaca.

1. zwycięstwo na wyjeździe - 4 pkt
2. zwycięstwo u siebie - 3 pkt
3. remis na wyjeździe - 2 pkt
4. remis u siebie - 1 pkt
5. przegrana na wyjeździe - 0 pkt
6. przegrana u siebie - -1 pkt
Koniec ustawiania meczów.


niezłe

Mentor - 2013-07-17, 23:10

Temat może trochę z dupy, ale lepszego nie zauważyłem a oddzielnego też nie ma sensu robić. W razie czego zawsze można posty przenieść/wydzielić.

Moje stanowisko wobec klauzuli odejścia :]

Ogólna idea klauzuli odejścia sprzyja piłkarzom a nie klubom. Oczywiście przy okazji negocjacji kontraktowych obie strony (piłkarz-klub) dochodzą do kompromisu a kompromis ten zazwyczaj opiera się na sprowadzeniu klauzuli odejścia do absurdu. Im wyższa kwota tym lepiej dla klubu a gorzej dla piłkarza, ale te zaporowe kwoty stanowią jedynie rodzaj etykiety. Jeżeli klub nie ma zamiaru sprzedawać zawodnika albo zakłada, że w grę mogą wchodzić wielkie pieniądze to wtedy ustala się jakąś zaporową klauzulę (+100 baniek za cracka, +50 baniek za niezłego/dobrego zawodnika) i zachowuje w ten sposób pełnię możliwości. Przecież istnienie klauzuli nie powoduje, że zawodnika nie da się kupić taniej :]

Każdy piłkarz chciałby mieć relatywnie niską klauzulę, aby mieć większe pole manewru bez stosowania jakichś nieprofesjonalnych zagrywek. Żaden klub natomiast z własnej, nieprzymuszonej woli nie da zawodnikowi takiej (niezawyżonej) klauzuli bo to może działać tylko i wyłącznie na niekorzyść klubu.

Niektórzy tłumaczyli w szałcie, że klauzule są też dobre dla klubów bo odstraszają. Nie kupuję tego, jak nie chcesz sprzedawać zawodnika to możesz to oznajmić jasno i wyraźnie bez żadnej klauzuli. Thiago Silva nie ma klauzuli, czy to oznacza, że łatwiej go wyjąć? Jak szejk nie zechce usiąść do negocjacji to nie usiądzie. Co by zmieniła absurdalna klauzula typu 150 baniek? Moim zdaniem nic.

Czy brak klauzuli w kontrakcie TS oznacza, że nie da się go kupić? Nie.

Czy klauzula odejścia w kontrakcie TS oznaczałaby, że nie da się go kupić poniżej klauzuli? Nie.

Klauzule są ważne dla piłkarzy, im niższe tym lepiej. Wraz ze wzrostem kwoty, klauzula staje się coraz mniej istotna.

Liga hiszpańska jest chyba jedyną z czołowych lig europejskich gdzie klauzule są wymagane przy każdym kontrakcie, ale mogę się mylić :>

Przypuszczam, że nie pomyliłbym się pisząc, że żaden klub nie zaproponuje zawarcia klauzuli odejścia z własnej, nieprzymuszonej woli i inicjatywy.

Można się kłócić, liczę na jakieś zaczepne posty bo w sumie nie widziałem o czym pisać, dla mnie temat jest oczywisty :P

Pixik - 2013-07-17, 23:42

Klauzula w kontrakcie są ukłonem w stronę piłkarza. Więc jeśli klub na kogoś liczy to zwykle daje zaporową klauzulę. Moim zdaniem dobrze, że coś takiego istnieje. Bo jeśli nawet ktoś ma klauzulę powiedzmy taką sobie to i tak jest potrzebna wola zawodnika do dokonania transferu. To ułatwia w wielu przypadkach transfer, gdzie gracz związał się z klubem na x lat ale po jakimś czasie stwierdza, że on tak dalej nie może, nie chce. Jak dla mnie to często kluby popełniają błąd dając komuś baardzo długi kontrakt. W Realu dziwi mnie to, że prawie każdy nowo przyjęty zawodnik ma praktycznie minimum 4 lata kontraktu, a czasami nawet 6(i tak bywa w wielu klubach). Kiedyś z tego co sobie przypominam częstsze były umowy 3 letnie. Ja nie widzę problemu w klauzulach. Chociaż moim zdaniem, jeśli za parę lat fair play w takiej czy mocniejsze formie na prawdę nie wejdzie w życie skończy się na tym, że kluby sponsorowane przez prywatne pieniądze będą wiodły prym w transferach.
Mentor - 2014-08-20, 14:30

http://www.weszlo.com/201...rzeczywistosci/
Mentor - 2014-09-15, 23:46

http://m.ekstraklasa.net/...b9d3aab09e91b30

Niech Was nie zmyli ekstraklasowe źródło. Bardzo ciekawa lektura dotycząca FFP.

Mefju - 2014-11-23, 18:43


Piłka nożna będzie sie dzielić na dwie ery, przed tymi panami, i po. Kiedy skoncza kariery bedzie czuc sie niedosyt patrzac na gre innych druzyn/zawodnikow.

chaos - 2014-11-23, 19:10

Może tak, a może pojawią się następne cyborgi. Ja myślę, że raczej to drugie.

Jak to powiedział ktoś mądry: historia się nie powtarza, ale rymuje.

xav - 2014-11-23, 20:36

ja tez sądze, ze pojawia sie nastepni. moze nie tacy, ale inni ,bardzo profesjonalni zawodnicy. moze ktos bedize mial luz ronaldinho, moze ktos bedzie iniesta z lepszym strzałem, moze ktos bedzie lampardem z lepsza technika ... porownan bedziemy pewnie szukac wiele. piłka tez sie zmieni, za 20 lat na dzisiejsze mecze bedizemy patrzec juz inaczej.

natomiast, tak jak juz w szalcie kiedys wspomnialem, do lamusa przejda historie o zle prowadzacych sie pilkarzach z samego topu, o romario ruchajacym w przerwie meczu, o bestach, maradonach itp.

i bardzo dobrze.

Ronaldinho4ever - 2015-01-27, 12:33

xav napisał/a:
moze ktos bedize mial luz Ronaldinho, moze ktos bedzie Iniesta z lepszym strzałem, moze ktos bedzie Lampardem z lepsza technika


O nie! na bank nie! zauważ, że piłkarze ,,starej daty'' mają w sobie ,,to coś'', czego nie mają młodzi. ,,to coś'' to właśnie technika. Taki Ronaldinho, Zidane, Beckham czy Maldini mogliby w tej chwili wyjść na murawę i rozegrać wspaniały mecz! Jedyne czego im brakuje to kondycja i szybkość, które naturalnie odeszły z wiekiem. Nie mam pojęcia dlaczego, ale teraz takich piłkarzy już nie ma (chciałoby się śpiewać z Rodowicz: ,,Dziś prawdziwych piłkarzy już nie ma...'' :D ). Właśnie dlatego nigdy nie będzie po tej ziemi stąpał ktoś z luzem Ronaldinho, strzałem Iniesty czy techniką lepszą niż Lamparda. (Najmniej realna jest ta technika).

chaos - 2015-01-27, 12:55

Warto popatrzeć na Neymara, u niego ten luz jest widoczny.
Ronaldinho4ever - 2015-01-27, 13:44

Tak- masz rację- to dla Brazylijczyków charakterystyczne, a poza tym ja napisałem tak ogólnie- wiadomo, że są wyjątki. jednak generalnie rzecz biorąc takich piłkarzy jest o wiele mniej niż kiedyś.
Z resztą wydaje mi się, że Ronaldinho w wieku Neymara miał więcej sukcesów :D

Roodeck - 2015-01-27, 16:21

Ronaldinho4ever napisał/a:

O nie! na bank nie! zauważ, że piłkarze ,,starej daty'' mają w sobie ,,to coś'', czego nie mają młodzi. ,,to coś'' to właśnie technika. Taki Ronaldinho, Zidane, Beckham czy Maldini mogliby w tej chwili wyjść na murawę i rozegrać wspaniały mecz!

Hmm, to ciekawe bo właśnie teraz biega po boiskach dwóch najlepszych piłkarzy w historii - Messi i CR. Oczywiście zawsze się wydaje że dawnej trawa była bardziej zielona, pamiętamy raczej te dobre mecze a zapominamy o tych złych.

Ronaldinho4ever - 2015-01-27, 18:04

Roodeck napisał/a:
Ronaldinho4ever napisał/a:

O nie! na bank nie! zauważ, że piłkarze ,,starej daty'' mają w sobie ,,to coś'', czego nie mają młodzi. ,,to coś'' to właśnie technika. Taki Ronaldinho, Zidane, Beckham czy Maldini mogliby w tej chwili wyjść na murawę i rozegrać wspaniały mecz!

Hmm, to ciekawe bo właśnie teraz biega po boiskach dwóch najlepszych piłkarzy w historii - Messi i CR. Oczywiście zawsze się wydaje że dawnej trawa była bardziej zielona, pamiętamy raczej te dobre mecze a zapominamy o tych złych.


Teraz jest lepszy sprzęt- np. szybsze piłki i dlatego wcześniejsi piłkarze są bardzo poszkodowani. Gdyby taki Maradona czy Pele grali w takich warunkach co Messi i CR7, myślę, że osiągnęliby o wiele lepsze wyniki. Oczywiście ta różnica warunków w piłce nie jest aż tak wielka- nieporównywalna mniejsza od tej w skokach narciarskich, ale zawsze robi różnicę- Raul potrzebował 10 lat więcej na strzelanie największej ilości bramek w La Liga niż Messi, a chyba nie powiesz, że Raul różni się od Messiego aż tak bardzo. Dlatego mi się nie wydaje, tylko jestem pewien, że kiedyś ,,trawa była bardziej zielona''. A Messiego i CR7 oczywiście doceniam- są świetni, ale tak jak już pisałem- wyjątek potwierdza regułę. Obecnie piłkarzom oprócz umiejętności pomaga sprzęt i to dzięki sprzętowi mają w statystykach (bramki, asysty, puchary itp.) przewagę nad minionymi pokoleniami.

Jynx - 2015-01-27, 18:36

Nie zapominaj, że obrońcy przeciwko którym grał Pele tez mieli gorszy sprzęt niż Ci przeciwko którym gra Messi. Oprócz tego w tamtych czasach nie można było oglądać wszystkich meczów tych najlepszych i co za tym idzie analizować ich zagrań. Poza tym wtedy nie było spalonych i grało się systemem w którym napastników było więcej niż obrońców ;)
Ronaldinho4ever - 2015-01-27, 19:01

To bardzo ważne elementy, ale mimo to dziś w meczach pada więcej bramek- nawet, gdy część jest nieuznana z powodu spalonego. To chyba daje do myslenia
imerr - 2015-01-27, 19:06

Ronaldinho4ever napisał/a:
Raul potrzebował 10 lat więcej na strzelanie największej ilości bramek w La Liga niż Messi, a chyba nie powiesz, że Raul różni się od Messiego aż tak bardzo.

To daje jeszcze więcej do myślenia.

Roodeck - 2015-01-27, 19:45

Ronaldinho4ever napisał/a:
To bardzo ważne elementy, ale mimo to dziś w meczach pada więcej bramek- nawet, gdy część jest nieuznana z powodu spalonego. To chyba daje do myslenia

Szybko sprawdziłem.
W sezonie 2000/2001 w La Liga padło 1095 bramek.

W sezonie 2013/14 w La Liga padło 1045 bramek.

To takie porównanie w kontekście takiego Raula. Bo w przypadku takiego Pele to nie ma wątpliwości że wtedy się strzelało dużo więcej goli niż teraz, a sam Pele to te swoje 1000 goli to w większości nastrzelał brazylijskim ogórkom.

Ronaldinho4ever - 2015-01-27, 20:16

A tak z ciekawości- gdzie to sprawdziłeś? Bo chyba nie odkopałeś starej tabeli i nie liczyłeś z kalkulatorkiem :D
Roodeck - 2015-01-27, 20:33

Na wikipedii są tabele z poprzednich sezonów np. http://pl.wikipedia.org/w...%282000/2001%29 ,wystarczy sobie tabelkę wkleić do excela i zrobić sumowanie.
Ronaldinho4ever - 2015-01-27, 20:40

Wiem, że tak można, ale myślałem, że chciało się to liczyć jakiemuś fanowi Barcelony czy Realu i wrzucił to na swoją stronę internetową
dziki - 2015-01-27, 20:47

Chciałbym zobaczyć jak Pele grałby przeciwko Staamowi czy Maldiniemu. Ciekaw jestem jakby odnajdywał się w zderzeniu z nowszą wersją catenaccio, serwowaną przez Mourinho i innych Mourarzy. Zabawnie wyglądałby pewnie też w "pewne grudniowe, niedzielne popołudnie, gdzieś na boisku Stoke".

Jak dla mnie zestawienie Pele z przykładowym Ronaldinho albo oryginalnym Ronaldo nie ma sensu. Grubasek w tamtych latach strzeliłby z 3 tysiące bramek.

Ronaldinho4ever - 2015-01-27, 21:01

dziki napisał/a:
"w pewne grudniowe, niedzielne popołudnie, gdzieś na boisku Stoke".


... podopieczni Mourinho zakopali na śmierć legendę futbolu


Taktyka Mou na Barcę- nie umiecie okiwać- to faulujcie! nawet najwybitniejszy piłkarz by sobie nie poradził. Paradoksalnie gra wyglądałaby brzydko, bo... gry by nie było. Zamiast niej chamskie kosy

Mentor - 2015-06-12, 22:37

Wkleję po prostu cytat z innego forum:

Sammyy napisał/a:
Sporting sądzi się z Doyen w sprawie transferu Rojo. Jako świadkowie w sprawie na korzyść Doyen zeznawać będą: byli rządzący Sportingiem (Godinho Lopes, Pedro Sousa i Nobre Guedes), Pinto da Costa z FC Porto, radca prawny Benfiki, Luis Filipe Vieira reprezentujący Adriano Gallianiego i Florentino Perez. Jeśli dobrze zrozumiałem, to początkowo zeznawać jeszcze mieli: Gil Marin z Atletico Madryt, Monchi z Sevilli, Salvo - były prezydent Valencii - i Javier Teby, prezes LFP. Nie mam zielonego pojęcia dlaczego akurat oni mają mieć coś do powiedzenia w tej konkretnej sprawie. Swoją drogą wszyscy wymienieni (może z Wyjątkiem Teby'ego, o którym nic nie wiem) mają bardzo pozytywne relacje z Doyen. :whistle:

O transferze Rojo już trochę tu pisałem, ale wspomnę jeszcze raz.

Sporting kupił Rojo ze Spartaka na spółkę z Doyen Sports. Fundusz inwestycyjny posiadał do zawodnika 75% praw, Sporting 25% (przy okazji zawarto klauzulę, że X% od następnego transferu trafi na konto Spartaka). Gdy pojawiła się oferta z United, Sporting poinformował anglików, że żądają klauzuli - 30 milionów euro. Doyen jednak zaczęło za plecami Sportingu negocjować transfer Rojo za mniejsze pieniądze. Następnie Sporting wydał oświadczenie, a w nim (tłumaczenie nie moje):

Cytat:
- 23 lipca oświadczyliśmy, że intencją Sportingu jest zatrzymanie gracza. Byliśmy wcześniej zapewniani, że jeśli taka będzie nasza wola, będzie ona respektowana. Tak jednak się nie stało i wiemy, że przedstawiciele Doyen proponowali Rojo wielu klubom;

- Gdy przyjechali do nas kontrahenci z innego klubu, był z nimi CEO Doyen, Nelio Lucas. Przedstawiał się jako jeden z członków świty potencjalnego nabywcy naszego piłkarza;

- 7 sierpnia Sporting poinformował o złożeniu doniesienia na postępowanie CEO Doyen, Nelio Lucasa, jako że uznajemy jego działania jako próbę wpływu na naszą politykę transferową, a ta praktyka jest nielegalna;

- Tego samego dnia dostaliśmy SMS od Nelio Lucasa, w których, pisownia, zgodnie z wielkością liter, oryginalna: „MARCOS ROJO PRZEJDZIE DO (NAZWA KLUBU)”, a także „JEŚLI NIE POZWOLICIE MU PRZEJŚĆ, BĘDĄ PROBLEMY W AKADEMII”;


Doniesienie Sportingu zostało odrzucone i zawodnik ostatecznie bez zgody klubu trafił do Manchesteru. Teraz Lwy domagają się pieniędzy za różnicę transferową, straty moralne i wizerunkowe. I oczywiście sprawę przegrają.

Nederlander - 2015-07-17, 12:52

Google Translate przetlumaczyl mu nazwisko "Tebas" jako "Teby" :D Pewnie zrozumial, ze chodzi o egipskie miasto... Ale ludzie sa tak inteligentni, ze nawet nie sprawdza oryginalu.

Swoja droga, sprawa jest dosc nieprzyjemna. Teoretycznie w Anglii negocjowanie transferow z firmami posiadajacymi prawa do pilkarzy jest nielegalne, dopuszcza sie jedynie negocjacje z klubami. Czytalem o tym kiedys ale nie jestem pewien czy dobrze pamietam. Idealnie byloby te wszystkie firmy i chciwych agentow odstawic na boczzny tor, odstrzelic - cokolwiek, byleby tylko skurwieli wyeliminowac.

Mentor - 2016-01-26, 16:55

http://weszlo.com/2016/01...galskiej-pilce/

http://rafalstec.blox.pl/...bowiazkowa.html

http://rafalstec.blox.pl/...e-Mistrzow.html

chaos - 2016-01-26, 17:49

Dokad? Prosto w paszcze Babilonu, gdzie liczy sie tylko kult zlotego cielca.

Na szczescie nie dla wszystkich. Jak ten finansowo napedzany model padnie, to bedziemy budowac wszystko od nowa.

imerr - 2016-01-26, 18:26

Niestety, nie padnie. Dlatego zamiast przeżywać, że dobrze idzie Leicester, gdzie grają milionerzy a klub wydaje rocznie na pensje 50 mln funtów, trzeba zaglądać niżej. Znajdować radość ze sportu tam, gdzie nie liczy się tylko pieniądz. Ogólnie dołująca sytuacja.
sol11 - 2016-01-26, 19:17

ehh... koszulki made in tajland, liga made in china
Mentor - 2016-02-07, 00:46

Dla odmiany coś pozytywnego, przynajmniej dla mnie. Jesteś też fanem NBA i cierpię na tym, że piłka nożna stoi tak słabo na poziomie analityki, przynajmniej tej ogólnodostępnej. Życzyłbym sobie analitycznej rewolucji.

http://weszlo.com/2016/02...ityczna-u-bram/

Ronaldinho4ever - 2016-02-12, 18:44

http://m.przegladsportowy...4720,1,291.html

Zawsze wiedziałem, że to dobry prezes :-D

chaos - 2016-02-29, 15:48

Cytat:
Wayne Rooney mógł zostać najhojniej opłacanym piłkarzem na planecie. 32 mln euro za sezon oferowane przez Shanghai Shenhua to niemal dwukrotność jego aktualnej pensji. I więcej niż pensje Messiego czy Ronaldo. Napastnik Manchesteru Utd odmówił, ponieważ wciąż ma ambicje sportowe, ale przybywa właścicieli bardzo znanych nazwisk, którzy nieprzyzwoitym propozycjom z tamtych okolic ulegają. Jak Ezequiel Lavezzi, 30-letni, wciąż daleki od emerytury skrzydłowy Paris Saint-Germain. Za 15 mln rocznie poleciał do Hebei China Fortune, czyli tam, gdzie przed chwilą grał legijny uciekinier Miroslav Radović. Dla nas gwiazda, z perspektywy Lavezziego - gracz prowincjonalny.

Kiedy w piątek w Chinach okno transferowe zostało zamknięte, kilku europejskich prezesów pewnie żałowało, bo tamtejsze kluby płaciły za piłkarzy - często przez obecnych pracodawców niechcianych - pieniądze wprost absurdalne. Globalnie w tym sezonie wydały ok. 400 mln euro (to bilans netto, po odliczeniu zysków z transferów), ustępując jedynie lidze angielskiej. Ale wybrzmiały i lęki. Trener Arsene Wenger, który o futbolu zawsze myśli również w kontekście biznesowym, rzucił, że Europa powinna się martwić, ponieważ Chiny mają wszystko, by nasz kontynent wkrótce splądrować. Wszystko, czyli nie tylko nieograniczone możliwości finansowe, ale również silną wolę polityczną.

Ostrzegał trener Arsenalu, czyli przedstawiciel najbogatszej ligi świata. Dotychczas to ją oskarżano o psucie rynku.

* * *

Wenger przemawiał w Londynie, a jego kolega po fachu Sven-Göran Eriksson przekonuje, że w Szanghaju - to tam miał grać Rooney - żyje się równie dobrze, a może nawet lepiej niż w brytyjskiej stolicy. Były trener reprezentacji Anglii, od lat podróżujący przez kontynenty za zapachem pieniądza, stacjonuje w jednej z najdynamiczniej rozwijających się metropolii. Najludniejszej na świecie (25 mln mieszkańców), wskazanej niegdyś przez władze jako brama, przez którą do Chin wpłyną inwestycje. I dziś posiada ona 50 miliarderów (w Europie nie ma tylu nigdzie), a powodzenie obranej strategii symbolizują finansowa dzielnica Pudong, obwołana azjatyckim Manhattanem, oraz drapiąca chmury Shanghai Tower (632-metrowa, wyżej sięga jedynie dubajski Burdż Chalifa).

Do właścicieli tamtejszego portu - zbudowanego w delcie rzeki Jangcy, załadowuje się tam i rozładowuje najwięcej towaru na świecie - należy Shanghai SIPG (skrót od International Port Group). Powstał dekadę temu i zaczynał w trzeciej lidze, teraz broni wicemistrzostwa kraju i płaci horrendalne 14 mln euro rocznie Asamoahowi Gyanowi, znanemu z ligi angielskiej bohaterowi mundialu w 2010 r. (dla porównania: gwiazdy potęg włoskiej Serie A nie zarabiają nawet połowy tego!). Ma też mocnego sąsiada, wspomniane Shanghai Shenhua, któremu gigantyczne wydatki sponsoruje Greenland, globalny potentat budowlany. Według "Wall Street Journal" żaden deweloper na świecie nie ma dzisiaj wyższych przychodów i większej powierzchni realizowanych inwestycji.

Właśnie stąd bierze się przekonanie, że nie ma sensu ustalać budżetu szanghajskich klubów. Pieniędzy wydają po prostu tyle, ile trzeba. W chińskiej Superlidze nikogo nie krępują europejskie pomysły w rodzaju finansowego fair play, a Shanghai International Port Group oraz Greenland to oczywiście spółki należące do rządu.

Dlatego wschodzącą potęgę trzeba, jak nakazuje Arsene Wenger, traktować bardzo poważnie. Zdarzało się już, że poza Europą - czy raczej: poza Europą Zachodnią - rosła domniemana konkurencja pragnąca rzucić wyzwanie staremu piłkarskiemu establishmentowi, skupionemu dzisiaj pod logo Ligi Mistrzów. Od USA, w których trzeba jednak rywalizować z rozgrywkami baseballowymi, koszykarskimi, futbolu amerykańskiego etc., przez Brazylię, która przed kilku laty wykorzystała przez moment ożywienie ekonomiczne, po wysepki luksusu w typie Andży Machaczkała, które było tworem groteskowo sztucznym, piłkarze nawet nie mieszkali i nie trenowali w mieście, przylatywali do stolicy Dagestanu jedynie na mecze. Ale nigdzie nie powstawał projekt i tak kompletny, i tak długofalowy, i napędzany tak olbrzymim kapitałem. A przede wszystkim - nigdzie nie stało za nim potężne państwo, które w dodatku postanowiło przez piłkę nożną walczyć z gospodarczym spowolnieniem i o chwałę narodu zarazem. Państwo potrafiące jak żadne inne godzić kapitalizm z centralnym planowaniem.

* * *

Najpierw usłyszeliśmy, że przewodniczący Xi Jinping uwielbia piłkę, zamierza zorganizować w Chinach mundial, chce, by rodacy zdobyli w przyszłości mundialowe złoto. Ambitne wyzwanie, biorąc pod uwagę, że na mistrzostwach wystąpili ledwie raz - o awans było wyjątkowo łatwo, w eliminacjach nie uczestniczyli gospodarze z Korei Płd. i Japonii - i ani nie wygrali wówczas meczu, ani nie strzelili gola. Kiedy jednak uzyskiwali prawo do organizacji igrzysk olimpijskich w Pekinie, też byli sportowo niedołężni. A potem wygrali klasyfikację medalową. Parli do celu z determinacją, bez skrupułów, bezwzględnie realizując przytłaczającą swoim zasięgiem strategię.

Po piłkarską chwałę też ruszyli z rozmachem możliwym tylko u nich, w mocarstwie 1,4 miliarda ludzi. Komisja obradująca nad kierunkiem społeczno-ekonomicznych zmian sporządziła 50-punktowy, pierwszy w historii partii komunistycznej plan reform futbolowych, który ma "czerpać z doświadczeń zagranicznych", ale stworzyć system "odpowiadający chińskiej specyfice". Piłkę mają kopać masy, piłka ma rozbudzać patriotyzm i duch kolektywu, piłka ma uczynić obywateli sprawnymi fizycznie i wzbogacić kulturę. Dlatego stała się przedmiotem obowiązkowym w szkole, liczba akademii sięgnie 50 tys. (w należącej do klubu z Guangzhou 3 tys. dzieciaków trenuje pod okiem szkoleniowców z doświadczeniem w Realu Madryt), w najbliższej dekadzie zamierzają przećwiczyć 260 mln dziewcząt i chłopców. Chińczycy mają już dość wściekłego oblegania autobusu i zmuszania piłkarzy reprezentacji do wystosowywania oficjalnych przeprosin za porażki, a Xi Jinping nie chce nigdy oglądać tak haniebnych klęsk jak 1:5 z młodzieżówką (!) Tajlandii, które zrujnowało mu 60. urodziny. Ani przeżywać wstydu, który wywołał transfer Zhanga Xizhe - wynajętego przez niemiecki Wolfsburg, podczas prezentacji podglądanego w telewizji przez 44 mln rodaków, ale nigdy niewpuszczonego na boisko, po ledwie sześciu miesiącach przygarniętego przez Beijing Guoan.

System nauczania sportu w szkołach Chińczycy chcą częściowo wzorować na pomysłach z amerykańskich college'ów, ale futbolowe know-how zdobywają przede wszystkim w Europie. Jesienią przejęli 13 proc. Manchesteru City, uznali bowiem, że właśnie tam powstał najbardziej innowacyjny ośrodek treningowy. Wcześniej Wang Jian Lin, właściciel jednego z największych prywatnych majątków, kupił 20 proc. udziałów w Atlético Madryt - i finansuje treningi 180 wysłanych do Hiszpanii chłopców, którzy mają kształcić się "w najlepszych możliwych warunkach". Wyliczankę można ciągnąć - firma Ledus kupiła francuskie Sochaux, konsorcjum biznesmenów z Pekinu przejęło holenderskie Den Haag, CEFC: China Energy pozyskała 60 proc. udziałów w Slavii Praga, Rastar Group stał się właścicielem większościowego pakietu w Espanyolu. Rozglądają się Chińczycy wszędzie, stworzenie własnego systemu ma poprzedzić uzyskanie całej dostępnej wiedzy o piłce. Równolegle jednak rozwijają biznes. Własny. Zakładają, że do 2025 r. wartość sportowego sektora ich gospodarki osiągnie 850 mld dol. Czyli ponaddwukrotnie więcej niż obecna wartość całego rynku globalnego.

* * *

To fundamentalnie odróżnia ich od Katarczyków, którzy po przejęciu Paris Saint-Germain włożyli sobie do kieszeni całą ligę francuską i wszelkich innych nieeuropejskich krezusów podbijających futbol. Chińczycy nie chcą lansować się na obcej scenie, lecz u siebie wznieść scenę, której pozazdroszczą im obcy.

Projekt futbolowy nie jest bowiem jedynie projektem społecznym i godnościowym - jak powiedzieliby nasi budowniczowie wizerunku kraju na arenie międzynarodowej - lecz także ekonomicznym. Ponieważ wzrost PKB zwolnił do 6 proc. (czyli o połowę), a eksport osiągnął pułap trudny do podwyższenia, Chiny chcą wykreować potężny popyt wewnętrzny. Także poprzez sport. Fundament wylały miliony entuzjastów futbolu, nie tylko pasjami oglądających transmisje z Europy (by nie zarywali nocy, mecze rangi derbów Madrytu czy El Clásico coraz częściej rozgrywa się wczesnym popołudniem), ale też napierających na rodzime stadiony. W latach 2014-15 frekwencja w Superlidze wzrosła z 18 tys. do 22 tys. widzów na mecz, co czyni ją jednym z najtłumniej odwiedzanych turniejów na świecie, wyraźnie ustępującym tylko angielskiej Premier League oraz niemieckiej Bundeslidze, a także powoli zbliżającym się do hiszpańskiej Primera División. A przecież to dane sprzed spektakularnych zimowych transferów.

Spuchły też przychody z transmisji telewizyjnych - na ostatnim sezonie kluby zarobiły ledwie 80 mln dol., w następnych pięciu zarobią 1,3 mld. Płaci grupa kapitałowa China Media Capital, ta sama, która zainwestowała w Manchester City, i ta sama, która przejęła 20 proc. udziałów w portugalskiej agencji Gestifute - założonej przez najpotężniejszego futbolowego agenta Jorge Mendesa, na globalnym rynku transferowym odpowiedzialnego już za przepływ setek milionów euro rocznie. Nie ma pewności, kto dokładnie stoi za China Media Capital, wiadomo tylko, że główną rolę odgrywają tam przedsiębiorcy blisko związani z partią komunistyczną. Wszystkim transakcjom patronuje bowiem rząd i to często na jego polecenie kluby zmieniają właścicieli, przechodząc w ręce ludzi dysponujących funduszami bez granic - często globalnych potentatów na rynku nieruchomości albo nowych technologii.

Obie branże spotkały się w Guangzhou Evergrande. Klub będący aktualnym mistrzem kraju oraz triumfatorem azjatyckiej Ligi Mistrzów należy do Evergrande Real Estate Group, czyli giganta deweloperskiego działającego w 100 krajach, oraz grupy Alibaba, czyli giganta handlu internetowego, bohatera największego giełdowego debiutu w historii Wall Street. To on byłby chińskim transferowym rekordzistą wszech czasów - w styczniu rzucił 42 mln euro na Jacksona Mart~neza - gdyby nie natychmiastowa odpowiedź Jiangsu Suning. Tę drużynę w grudniu przejął z kolei koncern wyposażający w sprzęt AGD oraz elektroniczny połowę Azji i na dobry początek przelał Szachtarowi 50 mln za Alexa Teixeirę, który jesienią w 25 meczach ligi ukraińskiej i LM strzelił 26 goli. Tylko czekać, aż do gry na poważnie wejdzie Shandong Luneng, przejęty przez głównego dostawcę energii elektrycznej w kraju. Jego ubiegłoroczny przychód to 304 mld euro, według rankingu Fortune Global 500 jest siódmą najpotężniejszą firmą na świecie. I oczywiście najbogatszym sponsorem w dziejach piłki.

* * *

Tak wygląda krajobraz chińskiej Superligi. Rozlokowała się nieprzypadkowo, bo niemal wyłącznie w stolicach prowincji, w ostatnim sezonie najmniejsze reprezentowane w niej miasto liczyło 4,5 mln mieszkańców. Zawładnęli nią szefowie przedsiębiorstw państwowych lub obrzydliwie bogaci biznesmeni, którzy dorobili się gdzie indziej i nie zamierzają zwlekać z wydzieraniem gwiazd potęgom z Europy, a zachęca ich często władza, z którą lepiej żyć dobrze. Zachęca nie tylko perswazją, za inwestycje w sport odwdzięcza się także ulgami podatkowymi sięgającymi 20 proc.

I bez problemu znajduje mniej lub bardziej szczerych amatorów piłki nożnej. W końcu Chiny dochowały się już 568 własnych miliarderów, wyprzedzając dotychczasowych rekordzistów - Amerykanów (535). Przynajmniej 568 miliarderów, bo autorzy badań twierdzą, że na każdego uwzględnionego w statystykach przypada jeden lub dwóch niewykrytych.


http://ekstra.sport.pl/ek...rue#MT_2Zdjecia

Z tymi godzinami meczów to już się dzieje, teraz pytanie - kiedy Europejczycy zaczną oglądać ich ligę, a ich kadra zacznie wygrywać trofea na mundialu?
Na pewno nie w perspektywie kilkudziesięciu lat. Szybciej pieniądz rozpierdoli ten sport, niż te trendy miałyby się odwrócić.

Zalaster - 2018-06-19, 13:46

pienądz nie rozwali tego sportu, on juz rzadzi od dawna a przewage zacznac miec druzyny ktorych sponsorzy maja zloto wszedzie niz druzyny z prawdziwymi talentami i pieknem tego sportu...

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group